Fondriest dla młodszych osób może być pewną egzotyką. W końcu jego największe sukcesy miały miejsce pod koniec lat 80 i na początku lat 90 ubiegłego wieku. Zdobycie tęczowej koszulki mistrza świata, wygrana na Mediolan-San Remo czy dwa wygrane etapy Giro. To tylko wycinek z jego licznych zwycięstw. Po przejściu na emeryturę zajął się tworzeniem wysokiej jakości rowerów szosowych przeznaczonych przede wszystkim do ścigania się. Ostatnio, przez kilka dni, gościł u mnie jeden z najwyższych modeli tej marki – Fondriest TF 2 1.0. Prawdziwa włoska piękność przyodziana w biel gotowa zawrócić ci w głowie. A to wszystko dzięki uprzejmości WawaBike, oraz jego – że tak powiem – directeur sportif, Jacka.

Fondriest – piękność przyodziana w biel

Zanim przejdziemy do bardzo subiektywno-obiektywnych odczuć związanych z tym, jak jeździ się na włoskim sprzęcie porozmawiajmy chwilę na temat całej otoczki z nim związanej.

Wawabike traktuje rower swojego właściciela jako rower pokazowy i to się czuje, no i przede wszystkim widzi. Pełna grupa Dura-Ace 9100, support z ceramiką i kółeczka tylnej przerzutki też kręcące się na ceramicznych łożyskach. Jedyne, gdzie można byłoby jeszcze przyszaleć to koła. Fondriest został postawiony na karbonowo-aluminiowych Dura-Ace o profilu 35 milimetrów. Rozumiem wybór, bo nie dla każdego pełen karbon to dobre rozwiązanie w związku z jakością hamowania. Ale na coś ponarzekać muszę, co nie? Bo, osobiście, w takim fajnym sprzęcie ta aluminiowa powierzchnia hamowania trochę tak zaburza całą kompozycję.

Karbonowo-aluminiowe Dura-Ace robią robotę

Parę słów na temat nowego Dura-Ace? Chyba już każdy kto chciał ten się na nim przejechał i jakieś tam swoje zdanie ma. Chodzi ładnie, płynnie i szybko. Niestety, tego samego dnia, którego dostałem od Jacka Fondriest to jeździłem na Tarmacu w wersji S-Works na pełnym elektronicznym Dura-Ace. Wiadomo, że elektryka zawsze wygra z mechaniczną linką. Są jednak wciąż zwolennicy takiego rozwiązania i oni zawsze będą uważali, że klasyczne hamulce są lepsze od hydraulicznych tarczowych. Nie ma co się z nimi kłócić, po prostu stara szkoła. Czysty oldschool. Ogólnie ergonomia jest trochę gorsza, ze względu na większy korpus klamki ale działa równie dobrze. Trzeba się tylko trochę bardziej namachać dłonią przy zmianie biegów. I nie ma tego ładnego elektrycznego dźwięku przy ruchu przerzutki. Ale ogólnie kultura pracy stoi na najwyższym poziomie.

Jazda na Fondriest jest fajna

Ogólnie teraz krótki moment narzekania na sam sprzęt. Jacek jest niestety o parę centymetrów ode mnie niższy, przez co jeździ też na mniejszej ramie niż moja. Rozmiarówka Fondriesta jest trochę specyficzna, i jak na Specu jeżdżę na 56, to myślę, że optymalna we włoskiej szosie rama to dla mnie 54. Jacek wybrał sobie 50. Przy okazji Elite Challenge mogłem przymierzyć się do 52 i była dobra, ale raczej na granicy.

50 to dla mnie jednak za mały rozmiar, przez co w przypadku wchodzenia w zakręty czy dłuższej jazdy zaczynałem się czuć niekomfortowo. Brakowało tych kilku centymetrów, które pozwoliłyby na przyjęcie pozycji trochę bardziej naturalnej dla mnie.

Fondriest TF 2 1.0

Jeszcze przed wyruszeniem na pierwszą jazdę wyciągam sztycę i opuszczam mostek. Zdecydowanie cieszy mnie, że Jacek wciąż szuka swojej pozycji i zostawił tyle podkładek, żeby można było swobodnie ją odnaleźć.

Swoją drogą, urzekło mnie to, że mechanicy z WawaBike w celu uniknięcia zsuwania się sztycy zamontowali w rurze podsiodłowej kawałek owijki. Dzięki temu wszystko siedzi sztywno, nie zsuwa się i raczej nie da się uszkodzić sztycy przez zbyt mocne dokręcenie.

Sprinty to nie dla mnie

W każdym razie na tym rozmiarze ramy. Mając go na trzy dni miałem wystarczająco dużo czasu, żeby sprawdzić go na lokalnych trasach. Tak się składa, że większość lokalnych segmentów to odcinki czysto sprinterskie. I niestety mniejszy rozmiar ramy dawał mi się tutaj ostro we znaki.

Przez właśnie ten mniejszy rozmiar ramy, nawet pomimo niezwykłej sztywności, miałem problem z odpowiednim wejściem do mojej pozycji sprinterskiej. Z reguły ciężar w niej przenosimy na przednie koło, przez co tył pozostaje odciążony. I przez tak krótką rurę górną odczuwałem brak stabilności. Kiedy w końcu, trzeciego dnia, przełamałem się i spróbowałem zaatakować “swój” segment okazało się, że do mojego PR zabrakło dwóch sekund. Nieźle, jak na rower pożyczony, niedostosowany do mnie. I z kompaktową korbą.

Ogólnie na zdjęciach to ten rower jest chyba jednym z najładniejszych jakie widziałem

I chyba ten kompakt uwierał mnie najbardziej. Osobiście na swoim Specu mam korbę 52×36 z kasetą 11×28. Daje mi to sporo możliwości doboru kadencji w zależności od warunków. W górach może trochę zabraknąć, ale takie ryzyko. Kompaktowa korba, co zabawne, nie daje mi takiego łatwego doboru przełożeń na płaskim. Z resztą złapałem się na tym, że w przypadku jazdy na Fondrieście często zaniedbywałem dobieranie odpowiednich biegów i jeździłem na jednym, niczym początkujący rowerzyści. Bo tak jest wygodnie.

Ale wracając do sprintów. TF 2 nie jest ramą aero, czy jak niektórzy wolą mówić  – oreo. Do tego przeznaczona jest inna rama, którą bardzo możliwe, że niedługo też przetestuję. Pomimo nie bycia ramą aerodynamiczną ma fajną, ukształtowaną w klasyczny kształt aero, sztycę i całkiem opływowe kształty wszystkich rur. Dodatkowo kształt główki ramy to także aerodynamiczna klepsydra. Parę sekund na 40 kilometrach to na pewno urwie.

Ale podjazdy?

W tym sezonie poświęcam dużo więcej czasu na poprawę swoich umiejętności i wydolności podczas podjazdów. Powoli zaczyna to być jakoś nawet widać. Z resztą na jednej z ostatnich ustawek Specowych w końcu na szybkiej hopce nie przyjechałem gdzieś z tyłu, tylko drugi. Powoli zaczynam się wyrabiać, nawet pomimo życia na Mazowszu.

Ale nie to jest istotne. W mojej okolicy trudno o dobry podjazd. Mógłbym się udać na Agrykolę, ale przebijanie się przez całą Warszawę to trochę głupota. Góra Kalwaria jeszcze dalej, dlatego decyzja padła na Serock. Znam go dobrze, bo dosyć często udaję się w tamte strony. Podjazd poznałem przy okazji Mistrzostw Amatorów i do dzisiaj go lubię.

I dopiero na podjeździe czuć do czego ten rower został stworzony. Jest lekki i sztywny, każdy obrót korbami jest przenoszony bezpośrednio na napęd, a sztyca typu aero tylko to wspomaga. Dlaczego? Bo nie ugina się na boki, przez co – przy lekkim utracie komfortu – niweluje straty watów. Coś za coś.

No i przy okazji podjazdów tarcze 50/34 oraz mniejszy rozmiar stają się sporą zaletą. Co prawda przy stosunkowo krótkim podjeździe, takim właśnie ten Serocki, wciąż wybrałbym swoje 36 ząbków ale jadąc w góry przesiadłbym się na 34. A mniejsza rama to cóż… mniejszy ciężar, który trzeba wciągnąć z buta kiedy zabraknie nam sił w nogach 😉

Słowem podsumowania

Tak czytając sobie na szybko ten tekst zaczynam odnosić wrażenie, że strasznie narzekam na Fondriest TF 2 1.0. Nic bardziej mylnego – jest to rower naprawdę dobry i nie piszę tak tylko dlatego, że chcę od Jacka dorwać jeszcze model aero do testów. Jedyny mój problem, który w sumie zaważył sporo na radości z jazdy to zbyt mały rozmiar ramy. Taka pierdoła, a może sporo krwi napsuć.

Rama jest diablo sztywna, dobrze zbiera waty i przekazuje je na napęd, a wygląd to małe dzieło sztuki. To jest właśnie to, za co można kochać lub nienawidzić włoskich rowerów. Są jedyne w swoim rodzaju, piękne i równie nieprzewidywalne, co Giro  d’Italia. Można ich nie lubić, ale zawsze przykują uwagę czymś, co trudno znaleźć u innego producenta.

Są trochę bezkompromisowe, ale na szczęście nie żyjące wciąż przeszłością jak Cannondale ciągle produkujący szosy o tradycyjnej geometrii. Widać w nich przebłysk lekkiego szaleństwa, ale przede wszystkim gustu. Ja wiem jedno – TF 2 w przeciągu kilku miesięcy wyląduje u mnie w domu. Co prawda nie jako mój rower, ale będzie składany dla Asi. A to, że decyduję się go kupić dla swojej partnerki chyba o czymś świadczy, nie?