Kolarstwo amatorskie to taki trochę dziwny sport. Cały czas mamy ochotę zmieniać coś w naszych rowerach. Osprzęt, kierownicę, mostek… a może jednak przydałoby się wymienić siodełko na takie o karbonowych prętach. Ogólnie cały czas coś kombinujemy. I nieważne czy mamy rower za 1500 czy 15000, a nawet 35000 złotych. Zawsze znajdzie się coś, co moglibyśmy wymienić i bardziej by nam pasowało do roweru. Ale de facto wszyscy marzymy o lepszych kołach. Tak po cichutku i skrycie. O Zipp, Roval, Lightweight i wielu innych. Ale kiedy widzimy ich ceny to idziemy w kąt i cichutko płaczemy. A gdyby tak pomyśleć o samych obręczach? O tym pomyślał też Velofun i zaoferował polskiemu klientowi obręcze Nextie. Obręcze o znacznym udźwigu.

Nextie? Ale co to?

Żyjemy w kolarskim świecie zalanym przez tanie podróbki karbonowych części z Chin. Nie ma dnia, żeby na grupach sprzedażowych nie widzieć “oakley jawbraker replika” czy innych “koła zipp 404 replika jak oryginał”. Już pominę słabą znajomość języka polskiego i prawa w kwestii sprzedaży podrobionych produktów. Ale jazda na takich podzespołach jest po prostu niebezpieczna. Nigdy nie wiemy kiedy trzaśnie.

Nextie prezentuja się bardzo dobrze

Sam w zeszłym roku kupiłem trzy chyba najbardziej narażone na uszkodzenia produkty z aliexpressu. Mostek, kierownica i sztyca. Mostek nie wytrzymał miesiąca – pod wpływem drgań wyrobiły się w nim gwinty na śruby i przestał trzymać kierownicę. Dobrze, że Asia była w pogotowiu z samochodem. Druga poddała się kierownica. Aczkolwiek możliwe, że wytrzymałaby do dzisiaj gdyby nie upadek spowodowany przez samochód. Po prostu utrata sztywności i nagła “plastyczność” kierownicy nie wróżyła za dobrze. Natomiast do tej pory wytrzymuje sztyca. Ma za sobą pół roku obciążenia na trenażerze, start w zawodach i normalne jazdy i sprawdza się świetnie. Może nie powinienem tego pisać, bo to kuszenie losu, ale jeśli jest coś dobre, to czemu tego nie chwalić?

Ale nie o tym miałem – o tych karbonowych częściach z Ali szykuję oddzielny wpis. Porozmawiajmy o Nextie. Firma założona w 2013 roku w Chinach, której głównym celem jest dostarczenie kupującym najlepszej jakości karbonowych produktów w jak najbardziej przystępnych cenach. Idea szczytna, ale czy za tym wszystkim nie idą cięcia w jakości samych częściach?

Jazda na chińskich obręczach to trochę proszenie się o wizytę w szpitalu

To co widzicie powyżej możecie przeczytać niemal w każdej grupie czy na niemal każdym forum. Ale sprzedam wam pewną informację – obręcze wykonane przez innych producentów także pękają czy pali się w nich powierzchnia hamująca. Co najwyżej mają lepszą kontrolę jakości, podczas której częściej wyłapuje się te produkty potencjalnie niebezpieczne dla kolarza.

Ale! Ale! Trzeba zwrócić uwagę, że coraz więcej chińskich dostawców karbonu decyduje się na sprzedawanie części pod swoją nazwą. Już nie jako Specialized, Pinarello czy inne firmy. Rozpoczęła się walka o klienta, bo firmy zwietrzyły zarobek. Produkując pod swoją nazwą, mają pewność, że jeśli ich produkt jest dobry to kolega szepnie słówko koledze podczas treningu czy coffee ride. Łatwiej w ten sposób trafić do nich kolejnym osobom. Dużo łatwiej niż przez “wiesz, ostatnio na ali kupiłem takie fajne podróbki zippa, ale aukcja już nie istnieje, więc nie mam jak ci polecić”.

Wraz z tym przejściem na trochę inny model biznesowy poszła w parze, moim zdaniem, jakość produktu. Jakością delikatnie lub wcale nie ustępująca topowym markom, a można je mieć za dużo niższą cenę. Koła Roval? 7200 złotych. Obręcz Nextie? Około 1700 złotych. Z całym złożeniem powinniśmy zamknąć się w 4000. I mówimy tutaj o kołach o profilu obręczy 45 milimetrów z limitem wagowym 130 kg.

Właśnie, porozmawiajmy o wadze

Jaki jest limit wagowy dla, żeby odczepić się już od Rovali, na przykład Zipp? 113 kilogramów razem z kolarzem. Lightweight Meilenstein? 100 kilogramów liczone razem z rowerem, załóżmy więc że będzie to 90 kilogramów. Ogólnie trudno szukać karbonowych kół, które dałyby radę udźwignąć rosłego kolarza.

A przecież każdy chce skorzystać z dobrodziejstw dobrego zestawu kół. Bez obaw, że pękną pod nami na pierwszej lepszej nierówności. Bo przecież nie o to chodzi – chcemy czerpać z tego przyjemność, a nie przed każdym spowalniaczem zsiadać z roweru, przenosić przez niego rower i znowu ruszać. A jeśli jedziesz po ulicy takiej jak Szamocin na warszawskiej Białołęce to cóż. Czeka Cię to co jakieś 100 metrów. Nie żartuję. Chyba najgorzej rozplanowane spowalniacze w Polsce. Ponoć kiedyś odbywały się tam nielegalne wyścigi samochodów i dlatego postawili. Jednocześnie władze sprawiły, że ulica jest niemal nieprzejezdna.

Oczywiście, można krzyczeć, że Lightweight czy Zipp będą miały obręcz lżejszą od Nextie… ale o ile? Obręcz Nextie, ważona przy mnie zaliczyła wynik 470 gramów. W wersji standardowej. Bo mamy jeszcze wersję premium, która jest troszkę lżejsza. A ostatnio zaczęły także docierać obręcze superlight, których jeszcze na oczy nie widziałem, ale są ponoć jeszcze lżejsze. I mówimy tutaj o wysokości stożka 45 mm z limitem wagowym 130 kg.

Wykonanie jest silne w tej obręczy

Kiedy myślę sobie o mojej pierwszej jeździe na kołach złożonych na tych obręczy to nasuwa mi się tylko cytat z Gwiezdnych Wojen – “moc jest w nich silna”. Początkowo nieśmiało rozkręcam nogi, na małej tarczy. Delikatnie wchodząc w tryb zewnętrznego rozruchu. Bo trenażer to jednak trochę inne przygotowanie do jazdy.

Kiedy zaczyna się robić cieplej lewa dłoń dokonuje krótkiego ruchu i już łańcuch jest na dużej tarczy. Prędkość wzrasta, wiatr stawia coraz większy opór. Napis Nextie naklejony na obręczy wykonanej z włókien T700 znika, a przekraczając 34 km/h coraz głośniej słychać dźwięk przecinanego powietrza. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że koła zaplecione są na 24 szprychy z przodu i 28 z tyłu. Oczywiście można mniej, ale w przypadku testowanego zestawu czuć ten większy zaplot. Jest sztywno, ale jest też ciężej. Koło też nieśmiało, bardzo powolutku budzi się do życia. Przekraczając 35 kilometrów na godzinę jest już całkiem rozbudzone i krzyczy, by kręcić mocniej.

Zrzucam jeden ząbek na kasecie – w końcu słońce wyżej to ząbek niżej

Przekraczam 40, a mijająca mnie policja grozi palcem, bo ograniczenie prędkości zaczynam przekraczać. Oczywiście to tylko żart. Ale prawda jest taka, że trzeba wyhamować, bo zaraz zakręt, a wchodzenie w zakręt przy 40+ z drogi podporządkowanej to kuszenie losu. Trochę przyspałem, za późno zaczynam hamować jeśli chodzi o karbonowe koła. Na szczęście klocki w połączeniu z bazaltem na powierzchni hamowania pomagają wytracić prędkość. Trochę żałuję, że nie dostałem do testów “premiumów” z grafenem. Ponoć przez klocki przelatują szybko, ale zatrzymują niemal w miejscu.

Przelatuję przez zakręt i już wjeżdżam na trasę prowadzącą nad zalew Zegrzyński. Zaczynam też trening interwałowy. Najpierw 50 sekund silnej jazdy i 10 sekund sprintu. Pierwsze podejście jest spokojne, patrzę na puls i widzę, że odpuściłem trochę za bardzo. Raczej ze względu na strach na uszkodzenie kół. Aczkolwiek, drugie i trzecie powtórzenie interwałów kręcę mocniej. Pomimo bardzo bliskiego ustawienia klocków nic nie trze. Ostatnie 2 interwały to już zero litości dla kół. Szczęśliwie pierwszą serię kończę przed skrzyżowaniem z Pogonowskiego. 5 minut przerwy i kolejna seria interwałów. Tym razem od samego początku startuję mocno, dociskając korby, jadąc na 52×11 w sprintach.

Koła w żadnym momencie nie ocierają o okładziny. Magia większego i bardziej gęstego zaplotu, połączona z karbonem. Dzięki temu szybciej przenosi się waty na napęd i nie traci się w głupi sposób mocy. Kiedy przypominam sobie, że będę musiał za jakiś czas wrócić do swoich Visionów to trochę mnie w sercu kłuje. Ale to możliwe, że przez ten ostatni interwał – zdecydowanie wszedł trochę za mocno, bo puls skoczył do trochę zbyt wysokich granic, o czym Mio postanowiło mi przypomnieć.

Czas wrócić

Krótki, bo godzinny trening, kończę tak jak zawsze – kawą w pobliskiej pizzerii. Z właścicielem zdążyliśmy się już poznać, zawsze stojąc przy ladzie zaczepimy o jakiś temat związany z kolarstwem. Tym razem przez okno umieszczone na sali zauważył koła. “Nowe koła? Lepsze niż te poprzednie?” rzuca zbliżając się do ekspresu w celu przygotowania mi espresso. I nie wiem co mu odpowiedzieć.

No bo karbon jest lepszy, w szczególności na płaskim. W górach lepiej coś z aluminiową obręczą do hamowania, w szczególności jeśli nie umie się zjeżdżać. Że są szybsze to oczywiste, w końcu to wyższy i bardziej aerodynamiczny profil. Widzi moje zmieszanie na twarzy i odpuszcza temat, pytając o moje najbliższe plany związane ze startami w zawodach. Krótka rozmowa, tak jak to powinno wyglądać przy piciu espresso. Taka jest kultura picia takiej kawy.

Płacę kartą i wychodzę z pizzerii jeszcze raz patrząc na koła. Czarny karbon z delikatnym, białym logo Nextie. Wyglądają ślicznie, wykończenie matowe troszkę psuje odbiór dla mnie, bo wolałbym jednak bardziej błyszczące. No, ale nie są to moje koła. Trochę boli minimalizm grafiki. Chciałoby się zobaczyć coś, co przy kręceniu będzie tworzyło ładne efekty. Tutaj dostaję tylko białą smugę, którą łatwo przeoczyć przez przytłaczającą czerń.

Warto jeszcze wspomnieć, że kolor kół można sobie dobrać osobiście. Białe obręcze z fioletowymi napisami? Podejrzewam, że dałoby radę, bo tylko pantone nas ogranicza.

Wchodzę do domu i wieszam rower na ścianie

Cieszy mnie sposób w jaki rozplanowaliśmy z Asią salon. Zaraz na jego wejściu wisi rower, co zmusza mnie do utrzymania go w czystości. No bo jak można powiesić brudną szosę na ścianie? Koła doskonale się komponują z czerwienią Speca.

Siadam na kanapie i przyglądam się swojemu partnerowi treningowemu. Pierwsza myśl to: “jak opisać obręcze, żeby nie był to tekst na 50 słów. Bo na pewno dałbym radę to zrobić w 50”. Drugą, jeszcze mniej optymistyczną jest “mam niecały miesiąc na jeżdżenie na nich, a jest zimno”. Na szczęście kolejne rozmowy telefoniczne z przedstawicielem Nextie poprawiają mój humor, bo dostaję czas niemal do końca marca. Przez dwa miesiące da się znaleźć wady, które skutecznie wypunktuję w tekście. Niestety, mrozy trochę mi to utrudniają, pozwalając na maksymalnie 30 kilometrowe treningi. Inaczej tyłek przymarza do siodełka, a rękawiczki nie chcą się odkleić od klamkomanetek.

Przed założeniem kół warto pamiętać o wymianie klocków. Zapominalstwo może być kosztowne.

Paweł, jest jazda z Grupetto Warszawa. Jedziesz?

I tak przeturałem się te dwa miesiące. Jeżdżąc po godzinie dziennie, uzupełniając trenażerem kiedy było dużo poniżej zera. Bloger płakał jak testował. Na szczęście, ostatnia niedziela okazała się wyjątkowo ciepła.

Z Jaromirem umówiłem się, że niedzielna jazda z Grupetto Warszawa będzie ostatnim dniem testów. Takim z prawdziwym przytupem – jazdy z grupą 80 kilometrów plus trzydzieścikilka na dojazd na miejsce. Budzę się o godzinę wcześniej niż powinienem, ale o godzinę do przodu. Nie cierpię tego w zmianie czasu z zimowego na letni. Przejście w drugą stronę w październiku jest jakieś bardziej przyjemne. No, ale lekkie śniadanie, podpompowanie opon i można ruszać.

Na zbiórkę przybywam z poznanym po drodze Pawłem niemal spóźniony. Chwila przyjemnego gadania i w drogę. Trasa prosta i chyba przez wszystkich lubiana – mały kampinos (tutaj macie linka do przejazdu). Co ciekawe, więcej zapytań doczekały się buty, a nie koła. Czyżby to jednak buty były bardziej poszukiwanym sprzętem przez szosowców? Czyli najczęściej wyszukiwane teksty (odpowiednio Vision i Vinci) są mało reprezentatywne? Kto wie.

Wszyscy kłamią

Powiedział to doktor House i zna to powiedzonko chyba każdy powyżej dwudziestego roku życia. Wszyscy mówią, że jest to ich pierwsza większa jazda w sezonie, że to jeszcze rozruch. Tempo początkowe wychodzi wysokie i dla normalnego człowieka byłoby zajazdowe lub zostałby urwany. Ale grupa trzyma się twardo, tylko jeden zatrzymuje się na szybkie siku na 14 kilometrze i znika aż do postoju. I albo kłamał, że było to szybkie siku, albo odstawił Dumoulina. Tylko on zna prawdę.

Jeśli słyszysz, że ktoś jest bez formy to najpewniej kłamie. Sam tak mówię, żeby w razie czego nie wyszło, że odpadam bo jestem słaby. Wtedy mogę w razie czego powiedzieć, że w sezonie będzie już lepiej. Na szczęście trenażer coś tam dał i już na starcie jestem mocniejszy niż w zeszłym roku. Ale nie o tym, szczerze mówiąc nie lubię jeździć z grupami, których nie znam i które często składają się z przypadkowych osób. W takim wypadku często zdarza się, że ktoś zapomni pokazać dziurę, czy inną przeszkodę. W przypadku jazdy z grupetto z większymi przeszkodami nie było problemu i wszyscy pokazywali samochody czy innych pieszych. Gorzej było w przypadku dziur, których nie brakuje po zimie. Jeszcze nie wszystko zostało połatane przez drogowców. Wpadnięcie kołem w dziurę po granacie przy prawie 40 na liczniku u nawet najbardziej kulturalnego kolarza wyrwie soczyste kur…ka. Jeżdżąc na pożyczonym zestawie kół czując trzepnięcie zastanawiasz się ile będziesz musiał wyjąć z kieszeni. Nie w przypadku Nextie. Tutaj po prostu trzepnąłem, wytraciłem może z 1-2 kilometry prędkości i jechałem dalej. Osobiście zabrałbym je na Paryż-Roubaix.

Płacz człowieku o wąskiej obręczy

To, co tak naprawdę błyszczy w przypadku kół składanych na tych obręczach to ich szerokość. Jeździsz na oponach 23 mm i uważasz, że szersza obręcz to zło i zaprzeczenie idei kolarstwa? Stary, mamy rok 2018 i hamulce hydrauliczne w rowerach szosowych. Postęp już się dokonał. 23 milimetrów nawet nie da się rady założyć na tę obręcz – uwierzcie mi, ludzie próbowali. Minimalna szerokość to 25mm, a i tak oponka – przez wewnętrzną szerokość 28 mm – stworzy przyjemny, niemal 28 mm, balonik. Balonik amortyzujący wszelkie niedoskonałości w drodze. Wierzcie mi, jadąc po kostce, nierownościach czy innych defektach drogowych bardziej martwiłem się o wpływ postępującej urbanizacji warszawskiej na populację bobrów.

Taka szerokość obręczy ma też inną zaletę. Jak wspomniałem, opona układa się zdecydowanie szerzej niż wskazywałaby to szerokość opisana przez producenta. Przez to otrzymujemy komplet dużo bardziej aerodynamiczny niż w przypadku innych kombinacji. Bo jednak aerodynamika, obok komfortu jest jedną z kluczowych rzeczy jeśli chodzi o poprawę naszych osiągów na rowerze. Ostatnio popularny jest trend zwężania swojej kierownicy żeby uzyskać właśnie lepsze korzyści aerodynamiczne. Nie zawsze jest to dobre dla nas samych.Oczywiście, opór stawiany przez rower to tylko 20% w porównaniu z 80% naszego ciała, ale ja wolę zyskać na aerodynamice poprzez szerszą obręcz i oponę niż stracić na komforcie sztucznie zmniejszając swoją szerokość kierownicy.

Nextie do ucieczki

Zabieramy się w drogę powrotną, ponownie całą grupą. Wyjeżdżamy ze stacji benzynowej napełnieni izotonikami, batonikami i bananami. Cukier znowu skoczył, niektórym mniej innym bardziej. Przez pierwsze kilometry znowu jedziemy zwartym szykiem, nikt się nie wyłamuje, a czoło przyjmuje na siebie chłodny wiosenny wiatr.

Zawsze po takim rozprężeniu dochodzi do uśpienia uwagi, nagle ktoś puści koło i robi się wyrwa. Nie jest to jeszcze takie straszne, gdy z przodu nie ma koni pociągowych. Nie zauważyłem nawet kiedy zrobiła się dziura na 10 metrów, która systematycznie się powiększała. Myślę sobie, że zaraz ktoś to zaspawa, bo przecież takich dziur nie zostawia się na jeździe w grupie. W szczególności, jeśli ma być to wspólna pierwszowiosenna przejażdżka. O ja naiwny.

Pierwsza, ledwo kilkuosobowa, grupkoucieczka odjechała. Pozostało nam już tylko patrzenie na ich niknące w oddali sylwetki. Gdyby to był wyścig to najpewniej byłoby już po zawodach. I nagle myśl, którą brałem kiedyś pod uwagę, ale brakowało czasu i okazji żeby sprawdzić przy okazji Nextie. A gdyby tak potraktować to jak wyścig i rzucić się w samotną pogoń za uciekającą grupką? To ostatni dzień zabawy z tymi kołami, więc co mi szkodzi. Patrzę pod prawą ręką gdzie aktualnie znajduje się łańcuch na kasecie, dwa pyknięcia, mocniejsze depnięcie w korby i ruszam. Koła wyraźnie przyśpieszyły i tnąc wiatr zaczęły systematycznie zmniejszać dystans do tych, którzy byli już mniejszymi punktami gdzieś na granicy wzroku.

Dojeżdżam do chłopaków tuż przed neutralizacją

Dojechałem do przodu grupetto. Nie jadąc w trupa, do takiej jazdy zostało mi bardzo dużo. W nogach czuję lekkie pieczenie, ale nie czegoś takiego się spodziewałem. Jednak obręcz złożona na średniej jakości piastach (bo DT Swiss 350 to nie jest najwyższa półka) robi robotę.

Później w rozmowie z Jaro dowiaduję się, że mój odjazd był po prostu szybki, niespodziewany i zapowiedział go tylko dźwięk przecinanego przez obręcz powietrza. Trzeba więc zapamiętać, że do cichej i niespodziewanej ucieczki takie koła się nie nadają. Więc jeśli chce się niczym ninja czy Jackie Chan zaatakować z ukrycia to najpierw trzeba odwrócić uwagę jadących z nami lub mieć niższy profil obręczy. Ale wtedy nie ma co liczyć, że efekty aero będą aż tak dobre. Zresztą myśląc teraz o tym dochodzę do wniosku, że 45 mm wysokości obręczy to najlepszy kompromis pomiędz aero i wagą. Nie masz roweru aero? To według mnie nie ma, co pchać się w wyższy profil, w szczególności w górach.

Dojeżdżam więc uszczęśliwiony do chłopaków, zadowolony z pracy jaką wykonałem. Gdybym był zawodowcem, a to byłby wyścig to na pewno usłyszałbym od swojego dyrektora sportowego “dobra robota”. I żebym wiózł się na kole i zaatakował na ostatnich kilometrach. Na szczęście jestem amatorem i nie muszę przejmować się takimi rzeczami. Gorzej, że kilka sekund po dojechaniu słyszę, że odjechaliśmy za daleko i trzeba poczekać na resztę. Stajemy więc na poboczu i czekamy. Czekamy kilka minut by ostatnie osoby dotarły. Nie sądziłem, że grupka aż tak się porwała.

Strade bianche po warszawsku

Strade Bianche to jeden z najciekawszych jednodniowych kolarskich wyścigów. Białe, szutrowe drogi od 2007 zwracają oczy szosowców na Toskanię. Szutrów nie mogło zabraknąć i Warszawie, miały być tydzień wcześniej ale -7 skutecznie zniechęciło do jazdy. Tym razem było inaczej.

Na krótki, bo tylko półkilometrowy odcinek, wjeżdżamy ciut przed 13. Spod kół radośnie wystrzeliwują kamyczki, a gdy słyszę silne “pyk” odbitego od obręczy zbyt dużego kawałka żwiru zaciskam mocniej zęby. Uderzenie w karbon zawsze boli i masz wrażenie, że było to właśnie “TO” uderzenie. Takie, które pozostawi niezapomniany ślad, który będzie Ci przypominał o tym, jak nieostrożnie jechałeś. Że mogłeś wybrać trasę bez szutru. Ale chciałeś być mądrzejszy od swojego sprzętu.

Kiedy po powrocie do domu patrzę na te 45 milimetrów karbonowego cuda od Nextie nie widzę żadnego odprysku na lakierze czy ubytku w karbonie. Po prostu nie do zdarcia. Jednak ten limit wagowy to nie taki pic na wodę i fotomontaż tylko faktycznie jest w stanie znieść bardzo dużo poniżenia zanim oznajmi “Stary, ja wysiadam”.

Jazda w zimie ma też inną zaletę

Już pozostawiając temat jazdy z grupetto, bo ostatnie kilometry nie rzuciły na obręcz żadnego innego światła. Zima to szczególny okres – za każdym razem gdy wychodziłem na rower miałem wrażenie, że wieje wiatr. I to nie tak, że w jednym kierunku. On wieje w każdą stronę. Zawsze w twarz i z boku. Tak jakby chciał Ci pomóc w treningu. Że nawet zwykła przejażdżka staje się walką o życie oraz jednym długim interwałem. Masz wrażenie, że kręcisz waty na KOMa? Nie martw się, kiedy spojrzysz na czas na Stravie, zobaczysz, że jest to jeden z Twoich najgorszych czasów.

Ale ten wiatr, to świetna sprawa w przypadku testowania kół, czy – w tym wypadku – obręczy. Ciągły wiatr wymusza nie tylko więcej pracy, ale też pozwala sprawdzić jak zachowują się one w niebezpiecznym wietrze. W zeszłym roku o tej porze bawiłem się Ronami o dużo wyższym profilu i moje umiejętności prędzej pozwoliłyby na lądowanie na drzewie niż bezpieczną jazdę. W tym roku 45 milimetrów szczęścia zwanego Nextie nie stwarzały takiego zagrożenia. I pomimo tego, że w obydwu mamy profil obręczy U, który znacznie minimalizuje ryzyko utraty stabilności w przypadku bocznego wiatru. Jasne, wciąż trzeba uważać, ale Nextie wybacza dużo, nawet bardzo dużo.

Może zabrzmi to głupio, ale właśnie przeczytałeś 3000 słów na temat obręczy

Tak jak moja przygoda z Nextie, tak ten tekst dobiega końca. Kiedy otrzymałem je do testów po chwili euforii – tak  jak pisałem wyżej – przyszła zaduma jak napiszę cokolwiek na temat obręczy. Dzisiaj, po niemal dwumiesięcznym doświadczeniu napisałem 3000 słów na ich temat. Przeżywałem z nimi mnóstwo fajnych chwil i kilka mniej fajnych. Jednak założenie i zdjęcie opon to tytaniczna praca. Pierwszy raz czułem się przegrany dokonując tak prostej czynności. Możesz się ze mnie śmiać, ale chciałbym zobaczyć jak szybko będziesz w stanie w pełni zdjąć oponkę z obręczy.

Jaromir przyjeżdża do mnie w niedzielę wieczorem, odbiera koła i rozmawiamy na temat odczuć z testów. Trudno mi pozbierać je w jeden płynny ciąg logiczny, bo wciąż mam w głowie i nogach wcześniejszą ustawkę. On to rozumie, bo sam przechodził przez te same emocje po swoich pierwszych jazdach na kołach złożonych z tych obręczy. Tylko on tego doświadczył jakby bardziej, bo jest rosłym mężczyzną, dla którego większość kół dostępnych na rynku jest zbyt plastyczna i nie wspiera jego wagi. Albo raczej – do niedawna nie wspierała. To z tego powodu powstał Velofun i rozpoczął współpracę z Nextie.

Kiedy widzę znikające za rogiem światła samochodu nie mogę doczekać się, kiedy do mojego domu zawita nowy rower i będę mógł zająć się szukaniem kół do niego. Chwilowo są inne wydatki, ale grosz się odkłada. Wiem jedno – wybór kół zasadniczo się zawęził. Tym bardziej, że niedługo dostępne będą obręcze z czerwoną grafiką. W połączeniu z czerwonymi piastami DT Swiss mogą wyglądać obłędnie. Rozmarzyłem się.

Zmieniam okładziny i koła na moje wysłużone już Visiony. Czekam na wiosnę. Taką prawdziwą, kolarską wiosnę.