Jeszcze nie zdążyłem się w pełni nacieszyć inteligentnym trenażerem Road Machine od Kinetic, a już do mojego domu pukał kurier z innym urządzeniem. Dużo bardziej zaawansowanym, dużo większym i dużo cięższym. Dużo tych dużo, ale cóż poradzić, gdy jest to produkt określany mianem flagowego. Wiecie, to taki iPhone X czy Samsung Galaxy S8 rynku trenażerów. Ma wszystko co powinien mieć taki sprzęt, wszystko czego nie powinien i trochę czego żaden inny nie ma. Aczkolwiek z racji tego, że nie jest to Tacx czy Elite, to bliżej mu raczej do takiego LG niż do Apple czy Samsunga.

Kinetic Rock&Roll, który miał początkowo zostać u mnie na jakieś 2 dni – tak na szybkiego strzała, żebym zobaczył i napisał krótki tekst na temat swoich wrażeń. Ostatecznie, dzięki uprzejmości polskiego dystrybutora został u mnie niemal na miesiąc, bo zabrakło do niego dwóch dni. Przełożyło się to na 25 jednostek treningowych, niemal 50 godzin spędzonych na trenażerze. Straciłem na tym 2 kilogramy, całkowicie wracając do wagi sprzed ciąży współczującej, a Ida urosła w tym czasie o 3 centymetry osiągając już 63 centymetry. Tak, ostatnio czas bardziej liczę rozwojem dziecka, niż upływającymi dniami.

Rock&Roll

Dobra, ale po kolei. Po otwarciu wielkiego pudła naszym oczom ukaże się Rock&Roll rozłożony na czynniki pierwsze, tylko czekający na klucz inbusowy oraz nastawny. W przeciwieństwie do Road Machine dostajemy swoiste kolarskie klocki lego, które musimy złożyć. Na szczęście, w przeciwieństwie do klocków stworzonych przez Olego Kirka Chistiansena w 1932, raczej trudno o zgubienie jakiegoś kluczowego elementu. Cały proces składania polega na włożeniu dwóch nóg w korpus trenażera, zamocowanie koła zamachowego wraz z całym urządzeniem do tego samego korpusu i przykręcenie pokrętła wraz ze sprężyną, które mają decydować o odległości rolki od naszej opony. No i oczywiście trzeba to wszystko skręcić za pomocą odpowiednich narzędzi. Nic trudnego i podejrzewam, że nawet kilkuletnie dziecko spokojnie dałoby radę sobie z całym procesem.

Ale wiecie co jest niezwykłego w całej konstrukcji? Że działa ona jak wahadło, przez co jest w stanie „symulować doznania płynące z realnej jazdy”. Czy jakoś tak, jak to ładnie jest określone w materiałach marketingowych. I szczerze mówiąc muszę przyznać temu rację. No może nie jest tak, że wsiadając i robiąc trening zapominamy, że jesteśmy na trenażerze, ale to bujanie faktycznie działa.

No właśnie, bo zapomniałem w sumie napisać o najważniejsze cesze Kinetic Rock&Roll. Ten trenażer się buja. Nie dlatego, bo jest źle wypoziomowany i giba się z jednej strony na drugą podczas jazdy. Po prostu mechanizm oporowy jest umiejscowiony na specyficznej podstawie, działającej jak swego rodzaju wahadło. Dzięki temu, kiedy jedziemy na stojąco czy rzucamy się do sprintu rower zachowuje się niemal dokładnie tak, jak robiłby to na normalnej szosie.

Strach przed uszkodzeniem drogocennej karbonowej ramy? Nic dziwnego, bo jednak jest to troszkę inny rodzaj trenażera, niż w przypadku standardowych, że tak to nazwę, sztywnych maszyn treningowych. Ale według producenta, to właśnie tego rodzaju sprzęt jest bezpieczniejszy dla karbonu. I w sumie mu się nie dziwię, bo jednak rama pracuje tak, jak robiłaby to na świeżym powietrzu. Według mnie, to jednak te tradycyjne, sztywne, trenażery są trochę bardziej szkodliwe dla karbonowego sprzętu.

Przeżyj swój pierwszy raz (na rowerze) ponownie

Jakkolwiek za pierwszym razem, kiedy już ustawimy cały trenażer i wepniemy weń rower to czujemy się jakbyśmy znowu po raz pierwszy usiedli na rowerze. Jest niestabilnie i mamy wrażenie, że zaraz się przewrócimy. Znaczy, ja miałem takie uczucie. Trudno mi było stabilnie jechać i musiałem sporo namachać się kierownicą, żeby nie tracić równowagi. Wiadomo, w końcu to coś zupełnie nowego, i trzeba się do tego przyzwyczaić.

Nowy sprzęt od Kinetic Polska dotarł dzisiaj do mnie, dokładniej trenażer rock and roll. Zobaczcie jak to „maleństwo” działa ? nie dość, że robią się waty to i mięśnie brzucha.

Opublikowany przez Jednym tchem na 13 grudnia 2017

Według Kinetica taki ruch wahadłowy ma wzmacniać nasze mięśnie głębokie.  Na papierze wygląda to fajnie, bo nie dość, że ćwiczymy łydę to i brzuch idzie w parze z nią. Ale zatrzymajmy się tutaj na chwilę i porozmawiajmy

Dlaczego mięśnie głębokie są takie ważne.

Ale zacznijmy od chyba jednego z najbardziej niezrozumiałych aspektów treningu kolarskiego, a przy okazji zapominanym. W sumie, to oglądając polski youtube rowerowy jeszcze chyba ani razu nie spotkałem się z tym zagadnieniem. Wszyscy tylko krzyczą o tym jak istotne są waty, że trzeba kręcić by jeździć i trenować. Z resztą nie tylko kolarze zapominają o tak zwanym core, ale także biegacze amatorzy i tak dalej.

A pominięcie mięśni głębokich może pociągnąć za sobą sporo konsekwencji, czasami nawet prowadzących do kontuzji. Ale zacznijmy od początku. Czym mięśnie głębokie nie są. Core to nie tylko mięśnie brzucha (jak myśli duża część ludzi) i włókna okalające ten rejon mięśni. Mięśnie głębokie to zestaw 40 mięśni przyczepionych do miednicy oraz kręgosłupa. I de facto okalają one centrum naszego szkieletu, pomagając w jego stabilizacji. W skład mięśni głębokich wchodzą mięśnie brzucha, przywodziciele uda, czworogłowe uda, kulszowo-goleniowe, rotatory zewnętrzne biodra, pośladkowe oraz grzbietu. Nagle zrobiło się tego zdecydowanie więcej niż tylko wymarzona przez wszystkich bywalców siłowni i plaż kratka na brzuchu, co?

Jeżdżąc na rowerze jesteśmy w trochę nietypowej pozycji  – siedząc w siodle aktywują się duże powierzchnie mięśniowe mające rozpocząć ruch, a te głębokie… no cóż, kiedyś tam się włączą. Niestety włączają się one w niepoprawnej kolejności, bo to właśnie core powinien rozpocząć cały proces. Do czego może prowadzić osłabienie tego gorsetu mięśniowego? Według mnie najbardziej oczywistym rezultatem pominięcia core w treningu jest zepsuta sylwetka, zarówno na rowerze jak i w życiu codziennym. Więcej się garbimy, co doprowadza do zwyrodnienia kręgosłupa. Z resztą, jak tak pomyśleć to niemal wszystko zaburza naszą postawę – godzinami patrzymy w ekran smartfona, w pracy siedzimy w nieodpowiedniej pozycji (najczęściej też się garbiąc).

Do czego wykorzystujemy mięśnie głębokie?

Warto zrozumieć do czego wykorzystywane są przez nas mięśnie głębokie, bo wtedy łatwiej będzie nam zająć się ich poprawnym treningiem. Najprościej mówiąc, pomagają one naszemu kręgosłupowi zgiąć się i następnie powrócić do poprzedniej, wyprostowanej, pozycji. Odpowiada także za ułatwienie miednicy ruchu do przodu i tyłu. Jak istotna jest umiejętność poruszania miednicą wie każda kobieta rodząca dziecko. Rzecz jasna, stabilizują także całe nasze ciało – tego się przecenić nie da.

Dlaczego tak ważne jest posiadanie silnego gorsetu mięśniowego? Każdego dnia, nawet spędzając większość dnia w pracy, wykonujemy kilka tysięcy kroków. Gdzieś kiedyś widziałem, że zalecane jest wykonywanie około 10 tysięcy kroków, by zachować szczupłą sylwetkę oraz zdrowie. Chociaż nie wiem czy w smogu jaki ostatnio jest nam serwowany w Polsce jest to dobry wybór. Raczej jest rozrywka dosyć ekstremalna. Ale odchodzimy od meritum (w sumie zrobiłem to już jakiś czas temu).

Więc co możemy zrobić, żeby mieć dobre „core”?

Wydawać by się mogło, że żeby mieć dobre core trzeba trzepać brzuszki jak głupi, ale na szczęście jest to złe myślenie. Paradoksalnie to nawet dużo by nie dało. Jasne, w dłuższym okresie czasu wzmocnimy sobie mięsień prosty brzucha, może nawet zrobimy drabinkę czy inny kaloryfer. Będzie to ładnie wyglądać, ale całego obszaru mięśni głębokich nie wzmocnimy. To tylko jedna partia.

„Ciekawostka – czy wiesz, że miesięcznie ponad 1,2 miliona ludzi szuka w Google informacji na temat mięśni brzucha?”

Warto na ćwiczenia mięśni głębokich poświęcić na samym początku od 5 do 15 minut. Złapanie rutyny zawsze jest jednym z najtrudniejszych etapów treningu, dlatego lepiej zacząć od krótkich sesji treningowych, a dopiero potem systematycznie je wydłużać.

Osobiście, przed rozpoczęciem zabawy z Rock&Roll, dużo czasu poświęcałem na jogę. Niby zwykłe ćwiczenia, ale odpowiednio wykonywane potrafią bardzo dobrze wzmocnić nasze mięśnie głębokie. Z resztą spójrzcie na ludzi, którzy poświęcili jodze więcej czasu niż Krzyś na odstawienie LSD po którym widział Puchatka. Większość ma bardzo ładnie wyrzeźbione ciało, a teoretycznie nie robią nic więcej ponad rozciąganie. To ostatnie oczywiście w bardzo dużym cudzysłowie.

Można także robić deseczkę i pochodne od niej ćwiczenia, ale równie dobrze możemy wskoczyć na Rock&Rolla i jeździć.

Raz w lewo, raz w prawo, ale w ogóle nie do przodu

Wracając jednak do samego trenażera. System łączenia ze Zwiftem jest dokładnie taki sam jak w przypadku jego słabszego brata, więc nie będę specjalnie zagłębiał się w szczegóły. W dużym uproszczeniu – włączasz w smartfonie bluetootha, łączysz się z trenażerem i za pośrednictwem zwift linka przyłączasz trenażer do komputera.

I w tym momencie kończy się podobieństwo do tańszego sprzętu. W tym wypadku trenażer jest w pełni inteligentny, a co za tym idzie płynnie steruje oporem na rolce. Dzięki temu, mamy ciągłe odwzorowanie po jakim terenie jedziemy i wjeżdżając na Box Hill czujemy każdy procent nachylenia terenu. Nie jest to duże nachylenie, bo na odcinku 2,8 km mamy średnio 5% nachylenia. Jednak wyraźnie czuć różnicę pomiędzy 4, a 7 procentami. Oraz czuć jak płynnie odbywa się to przejście pomiędzy nachyleniem. I tak jak Road Machine średnio nadawał się do Zwifta, tak Rock&Roll jest po prostu do tej aplikacji stworzony.

Bo biorąc udział w wyścigu, na ostatniej prostej do mety, dużo łatwiej (jak dla mnie) wykonać ten ostatni sprint właśnie na ruchomym trenażerze niż klasycznym. Podjazdy także są dużo przyjemniejsze i lepiej się je ćwiczy, gdy rower zachowuje się tak, jak powinien się zachowywać podczas jazdy po wstaniu z siodełka. Akurat w tym wypadku te marketingowe “nie odczujesz różnicy od prawdziwej drogi” jest w pełni uzasadnione. Mnie to kupiło.

W przypadku Rock&Rolla naprawdę fajnie jeździ się na Zwifcie. Mnie to całkowicie kupiło. Miałem okazję jeździć na różnego rodzaju interaktywnych trenażerach Tacx czy Elite i nie miałem takiej frajdy z zabawy jak w przypadku sprzętu Kinetica. Rower ustawiony na sztywno jak dla mnie nie daje tak dobrych efektów treningowych jak sprzęt taki jak właśnie Rock&Roll – trzeba pamiętać, że w przypadku tradycyjnego sprzętu ćwiczymy tylko nogi i robimy realny wytop łydy. Jak dla mnie Kineticowi bliżej do trenażerów rolkowych, gdzie musimy dbać o zachowanie poprawnej sylwetki w celu utrzymania równowagi. I tak jak w krótkich sesjach treningowych jeszcze nie odczujemy zmęczenia w czymś innym niż nogi, tak im dłużej jeździmy, tym bardziej czujemy pracę mięśni głębokich.

Dziecko przy nim zaśnie

Okej, moje dziecko jest słabym obiektem badań tego, czy trenażer może zakłócić jego sen. No bo jednak powszechną opinią jest, że wszystkie trenażery, które nie są wykonane w technologii direct drive (czyli takimi posiadającymi własną kasetę, na którą bezpośrednio montujemy rower bez potrzeby tylnego koła) są zasadniczo dużo głośniejsze.

Owszem, większość tradycyjnych trenażerów, wykorzystujących tylne koło do działania, jest głośna. Nawet bardzo głośna. I już pomijam to, że dziecko w pokoju obok może je słyszeć i przez to nie zasnąć. Są na tyle głośne, że sąsiad z dołu przychodzi w słuchawkach roboczych z kartkami, na których ma napisaną prośbę o wyłączenie tego piekielnego urządzenia, które właśnie całkowicie pozbawiło jego domowników słuchu.

Na szczęście ten trenażer taki nie jest. Według informacji, które znalazłem w internecie w najgłośniejszym punkcie to tylko 83 dB. Dla porównania to hałas taki, jaki generuje samochód osobowy. Tylko należy pamiętać, że to w momencie kiedy trzaskamy interwały na 120% naszego FTP. W przypadku luźniejszej jazdy jest dużo cichszy.

Wady?

Ogólnie trudno mi znaleźć wady tego sprzętu. Bo wierzcie lub nie, ale to naprawdę dopracowany i dobrze przemyślany sprzęt. Główną wadą jaką udało mi się znaleźć występowała tylko w przypadku używania dedykowanej aplikacji treningowej Kinetic. I dlatego nie wiem czy to wina oprogramowania aplikacji czy już samego urządzenia. Aczkolwiek uznaję, że to raczej wina sprzętu, który nie potrafił dobrze odebrać sygnału ze smartfona.

Mianowicie po zakończeniu rozgrzewki oraz kalibracji rolki urządzenie potrafiło strzelić takim obciążeniem, że klękajcie narody. Masz utrzymać, powiedzmy 180 watów, a ledwo jesteś w stanie obrócić korbami. Jasne, nie uznaję się za jakiegoś wybitnie wyćwiczonego kolarza, dopiero teraz wracam do jako takiej formy, ale jak do tej pory prawie wszystko dawałem radę podjechać. Korzystam z tarcz 52/36 i kasety 11-28, a mimo wszystko czasem po prostu moja kadencja leciała na łeb na szyję. I dopiero po kilku minutach Rock&Roll decydował się na zmniejszenie oporu. Że najczęściej taka usterka psuła zaplanowany trening to chyba nie muszę wspominać, co?

Ciężar Rock&Rolla

Road Machine był stosunkowo lekki. Coś koło 10 kilogramów, co nie utrudniało jeszcze przenoszenia go z miejsca na miejsce. Paradoksalnie dla naprawdę wielu osób będzie to bardzo duża zaleta, w szczególności dla tych mieszkających w bloku, a nie w domku jednorodzinnym. Pod tym względem Rock&Roll niechlubnie wygrywa ze swoim słabszym bratem. Coś koło 20 kilogramów wagi może stanowić dla niektórych pewne wyzwanie. Dlatego lepiej znaleźć trenażerowi jedno miejsce, w którym zostawimy go już na stałe. Inaczej licz się z nagłym rozrostem muskulatury jeśli będziesz przenosił go codziennie z jednego pokoju do drugiego. W sumie, to spokojnie można by go stosować jako jakiegoś rodzaju kettlebell. Dobre jako dociążenie kiedy robimy przysiady.

Ale żarty na bok, bo ciężar Rock&Rolla to jednocześnie jego zaleta. Dzięki temu, że waży tyle, ile waży przęcietnie 6 letnie dziecko, to nawet przy najbardziej szalonych sprintach podczas wyścigów na Zwifcie nie ma szans na utratę równowagi. W sumie, jak sobie pomyślę, że za 6 lat Ida może chcieć „na barana” to już teraz wolę robić przysiady z tym trenażerem. Przynajmniej kręgosłup i kolana mi nie wysiądą w wieku 35 lat.

Słowem podsumowania

Jak zaznaczyłem na początku, z Kinetic Rock&Roll spędziłem niemal miesiąc i wykręciłem kilkadziesiąt dobrych godzin. Uratował mnie on w trakcie świąt przed przybraniem dobrych kilku kilogramów. Nie wiem jak bardzo wzmocnił moje mięśnie głębokie, bo trudno mi tu dać jakiś mierzalny wynik. Ale na pewno poprawił moje FTP i pomógł wrócić do całkiem niezłej sprawności.

Pozostaje pytanie, czy opłaca się kupić taki sprzęt, tym bardziej, że nie należy on do najtańszych. Według mnie tak – owszem, posiada on kilka wad, ale też bardzo dużo zalet. Niby problem z doborem oporu w dedykowanej aplikacji oraz ciężar to spore problemy, ale spokojnie da się je rozwiązać. W przypadku złego obciążenia wystarczy czasami przestać pedałować i po chwili powinno się samo skalibrować ponownie. Podejrzewam, że mogło to być też indywidualny problem tego określonego egzemplarza, bo jednak trochę się najeździł ostatnio z miejsca na miejsce i może po prostu coś się w nim obluzowało. Nie jestem ekspertem technologicznym, więc nie chcę się wypowiadać.

Jeśli zaś chodzi o ciężar, to cóż. Może stanowić on przeszkodę dla tych mieszkających w bloku, dla których każdy centymetr jest istotny. I dla których niemożliwe jest przenoszenie tego sprzętu z miejsca na miejsce. Tym bardziej, że rozstaw nóżek jest naprawdę duży, spokojnie konkurując z jego wagą w walce o prym w tym, co jest bardziej upierdliwe.

Ale pomimo tego wszystkiego jest to sprzęt, który warto kupić jeśli jesteś ambitnym amatorem. Zapewni Ci mnóstwo świetnych godzin treningowych, świetne odczucia z jazdy na Zwifcie i bezproblemową obsługę za pośrednictwem aplikacji. Dokładny pomiar mocy (błąd pomiaru w granicach 2%, co jest dla amatora zerowym problemem), ale przede wszystkim jest to całkiem cichy sprzęt. Więc jeśli wracasz z pracy i  późnym wieczorem chcesz się chwilę odprężyć przy okazji wyścigu na Zwift, to droga wolna. Żadnego z domowników nie obudzisz.

Osobiście planuję na przyszły sezon kupić Rock&Rolla dla siebie. Bym zakupił go już teraz, ale wiecie – pokój Idy sam się nie umebluje do końca.