Karbon z aliexpress

Sprzęt kolarski z aliexpress to chyba najczęściej komentowana rzecz na fejsie jaką widzę. Na grupach kolarskich chyba już każdy swoją opinię wypowiedział. Poczynając na odzieży, przez karbon, a na chamskich podróbkach markowych produktów kończąc. Trochę martwi mnie jednak pewna rzecz, typowa dla naszego narodu, a mianowicie – nie znam się to się wypowiem. Dzisiaj chciałbym poruszyć temat karbonu z chińskiego serwisu. Czy narosło wokół niego dużo mitów? Tak. Czy warto go kupować? Może. Czy jest bezpieczny? Różnie. Zatem jak to jest z tym aliexpress?

Czym jest aliexpress?

Chyba każdy wie czym jest aliexpress. Ale jeśli magicznie przesiedziałeś pod kamieniem ostatnich kilka lat to może przydałby Ci się akapit wprowadzenia.

Aliexpress najłatwiej przyrównać do naszego allegro. Jest to zbiór sklepów, które wystawiają swój towar. Towar oryginalny, brandowany jako ich własny oraz także taki z – że tak to ładnie nazwę – szarej strefy. Podrabiane ramy, koła, ubrania. Ale tą szarą strefą nie chcę się zajmować. Bo nie wiem w jaki sposób usprawiedliwić kupowanie ramy przypominającej, na przykład Colnago, które obok włoskiego klasyka nie leżało. A po prostu zostało na nią naklejona odpowiednia naklejka. Czegoś takiego nigdy nie zrozumiem.

Chiński karbon to krótka droga do szpitala

Trudno nie zgodzić mi się z tą opinią. Ale tylko wtedy, kiedy rozmawiamy o czymś naprawdę tanim. Tanim, i przede wszystkim, z naklejoną naklejką jakiegoś znanego producenta. Nie warto bawić się w półśrodki, tylko od razu zainteresować się czymś – może głupio to zabrzmi – sprawdzonym i markowym.

I nie mówię tylko o opinie pod wszelkimi ofertami, bo wiadomo, że te często wystawiane są w momencie otrzymania sprzętu do rąk od dzielnego listonosza, który postanowił nie zostawiać awizo w skrzynce. Bo na aliexpress funkcjonują także naprawdę sprawdzeni producenci, aczkolwiek bez dużego zaplecza marketingowego. I o tym się często zapomina. 

O kołach i komponentach Flyxii słyszał już niemal każdy. Są to chyba najczęściej zamawiane produkty z Chin. I nie będę chyba gołosłowny, jeśli powiem, że najbardziej sprawdzone. Jeszcze nie widziałem nigdzie złej opinii na ich temat. Ale wraz ze zwiększoną jakością rzecz jasna idzie w parze cena. Dla porównania – cena standardowej kierownicy karbonowej od “no-name” producenta to około 25 dolarów. Za Flyxii płacimy prawie dwa razy więcej. Aczkolwiek jest to wciąż dużo mniej od na przykład aerofly Speca, który kosztuje niemal 2 stówki dolarów więcej. Taka drobnostka.

I jakkolwiek nie bałbym się kupować kierownicy czy mostka, czy sztycy od Flyxii, tak bałbym się kupić którykolwiek z tych komponentów od niesprawdzonego dostawcy. Bo o to w tym wszystkim się tutaj rozchodzi.

Bezpieczeństwa to sobie nie kupisz

I nie ma co liczyć na to, że przy upadku kierownica od takiego Speca czy Gianta nie pęknie. Oczywiście, że pęknie. Wystarczy jeden zły upadek. Równie dobrze może pęknąć przy sprincie czy – ogólnie mówiąc – kiedy dołożysz do pieca parę watów więcej. Bo karbon to super materiał, ale niestety bardzo zdradliwy.

Zdradliwy, bo nigdy nie wiadomo, co w nim tak do końca gra. Wystarczy jedno rozwarstwienie, żeby pękł w najmniej spodziewanym momencie. A niestety, ale w przeciwieństwie do aluminium uszkodzenia nie zauważy się odpowiednio wcześniej. Dlatego uważam, że czasami nie ma co przepłacać za karbonowe elementy takie jak kierownice, sztyce czy mostki. Oczywiście, w przypadku sztyc mowa przede wszystkim o klasycznych, okrągłych wspornikach siodła. A takich w nowoczesnych szosach jest coraz mniej, i praktycznie każdy producent ma już swój jakiś standard jeśli chodzi o ten element. I jest to z reguły sztyca w kształcie litery D mająca poprawić aerodynamikę i komfort. Taką właśnie sztycę montuje Specialized chociażby w ich modelu do jazdy w każdych warunkach, czyli Tarmacu. Którego, notabane, miałem okazję ujeżdżać w wersji S-Works, i o którym możecie przeczytać tutaj.

Dlatego też pokusiłem się na zakup sztycy, mostka i kierownicy z aliexpress. Głównie po to, żeby już zbytnio nie inwestować w Alleza. W przyszłym roku przesiadam się najpewniej na nowy rower, który w sumie jest już wybrany. Sztycę mam już ponad rok, mostek od maja tego roku, a kierownicę… wyrzuciłem po pierwszym upadku, bo pękła. I trochę mniej szkoda tych 150 złotych wydanych na kierownicę niż byłoby mi szkoda 800, gdybym skusił się na tego przecenionego Aerofly, którego widziałem kiedyś na grupie Facebookowej. Chociaż i tak nie wiadomo, czy nie byłyby to utopione pieniądze, bo kierownice Speca należały swego czasu do tych najchętniej podrabianych.

Czy jest to bezpieczne?

Oczywiście, podczas zamawiania sprzętu z aliexpress należy zadać sobie podstawowe pytanie, a mianowicie – czy jest to bezpieczne? Możemy sobie śmieszkować i mówić, że przecież życie samo w sobie nie jest bezpieczne. No bo wiecie, był taki tekst kiedyś:

Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową

A tak dokładniej to był film. Taki dramat polskiej produkcji, którego w sumie nigdy nie obejrzałem, a wypadałoby skoro chcę się posługiwać takimi cytatami.

Według mnie, zakup karbonowych komponentów z chińskiego portalu jest stosunkowo bezpieczny. Zwłaszcza jeśli zachowamy podstawowe środki ostrożności, które z resztą stosuje się także w przypadku tych “oryginalnych” komponentów. Mówię tutaj o odpowiednich oględzinach po każdym upadku, monitorowaniu zużycia, dbaniu o nie, i – jeśli nie najważniejsze – przykręcaniu ich z odpowiednią siłą.

Sam od ponad roku jeżdżę na chińskim karbonie

Na początku zamówiłem, żeby sprawdzić czy wymiana sztycy, mostka i kierownicy sensownie wpłynie na moje odczuwanie przyjemności z jazdy. Z miejsca skreślałem te najtańsze opcje, podobnie jak i te najdroższe. A rozstrzał cenowy był ogromny. Od 10$ do ponad 150$ w przypadku kierownicy.

Przed zakupem odpowiednio się rozeznałem jeśli chodzi o producentów, od których chciałem brać sprzęt. Wybór padł na firmę dostarczającą komponenty do jednej z zawodowych chińskich grup. Kierownica i sztyca bez logotypów producenta, tylko w przypadku mostka pozwoliłem sobie na pewne odstępstwo. Głównie przekonał mnie do tego malowniczo poprowadzony czerwony pas idealnie komponujący się z kolorem ramy. Taki wyraz kolarskich upodobań.

I wiecie co? Myślałem, że całość wyląduje w koszu maksymalnie po miesiącu.

Ale całość jest ze mną do dzisiaj. No, poza kierownicą. Sztyca wraz z mostkiem przejechały ze mną około 10 tysięcy kilometrów. Nie jest to dużo, ale nie jest to też mało. Tym bardziej biorąc pod uwagę, jak czasami wyglądają nasze ulice. Brały udział w wyścigach, zaliczyły kilka gleb, kilka mniej czy bardziej przyjacielskich sprintów i ani razu mnie nie zawiodły.

Ale może jestem po prostu takim typem bardzo fartownego człowieka.Bo z kołami, na których do niedawna jeździłem, także nie miałem żadnych problemów. A czytając opisy osób (które nawet na nich kilometra nie zrobiły, ot taki szkopuł), to powinienem co tydzień szprychy wymieniać i centrować je.

Ale one przeżyły Królaka

W sierpniu brałem udział w memoriale Królaka. Jeden z najciężyszch wyścigów w jakich miałem okazję brać udział. Osobiście był dla mnie dużo cięższy niż Bydgoszcz Cycling Challenge, chociaż formuła miejskiego kryterium jest bardzo podobna. 

Zjazd po kostce brukowej i podjazd po jeszcze gorszej kostce. Wszystko w pełnym pędzie, próbując utrzymać stałe tempo, które nie skończyłoby się spaleniem po dwóch okrążeniach. Powiem szczerze, że na kilka dni wcześniej zastanawiałem się, czy nie wrócić do aluminiowej sztycy i mostka przed tym kryterium, no ale raz się żyje, co nie? 

Ostatecznie wyścig nie sponiewierał mi sprzętu, nic się nie rozwarstwiło ani nie pękło. A komfort dużo lepszy niż na aluminium.

Czy ten karbon coś zmienił?

Tu jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Wątpię, żeby trzy komponenty sprawiły, że nagle jestem jakiś diablo szybki. Rower też nie stał się dużo lżejszy – to zaledwie około 100 gramów na pełnym zestawie.

Ale poprawiło to pewną rzecz, która jest dla mnie najważniejsza – wygląd roweru. Rower, który nam się podoba jest automatycznie szybszy, bo mamy większą motywację do tego, by na nim jeździć i ćwiczyć. A to potem przekłada się na większe waty. Oczywiście, mając na uwadze to, że co jakiś czas warto rzucić okiem na to, co dzieje się z komponentami.

Ale w moim przypadku karbon nic nie zmienił. Zmieniły za to karbonowe koła, które dostałem na start w przyszłym sezonie od Equatora. Ale to jest jedna z dwóch zmian, jakie przyczynią się do poprawy osiągów roweru. Drugą jest rzecz jasna zmiana ramy – ale tutaj mówimy już o dużo większym wydatku. Ale powiem szczerze – ramy z Chin też zbytnio nie bałbym się zamawiać. Jedynym problemem jest kwestia gwarancji – i dlatego głównie nie pozwoliłbym sobie na taką zabawę. 

Warto

Nagłówek tego, ostatniego już akapitu, może być dla wielu purystów kolarskich strzałem z otwartej dłoni w policzek. No bo jak to, jak można polecać sprzęt niemarkowy? Bez logo Pinarello, Specialized czy innej wielkiej firmy? Można, bo chińskie firmy to już nie tylko chamskie podróbki, ale też coraz bardziej dopracowane produkty. Produkty, co najważniejsze, sprzedawane pod własną marką, coraz częściej z pełną obsługą posprzedażową i z niebanalną stylistyką. Grunt, to nie polecieć za bardzo i kupować sprzętu za złotówkę, jak w przypadku brania telefonu w abonamencie. Bo efekt będzie oczywisty – po tygodniu będziemy narzekali na to, co kupiliśmy. O ile nie pęknie przy montażu.