Mam rodzinę. Jestem pieszym, rowerzystą i kolarzem, ale także kierowcą. Kiedy wychodzę z domu na trening żegnam się ze swoją partnerką i córką, ale w związku z ostatnimi wydarzeniami coraz częściej zastanawiam się – tak jak ładnie napisał to kolega z Xbox Team – kiedy padnie na mnie. Ten rok jest jakiś straszny pod względem wypadków z udziałem kolarzy. I jestem pewien, że niemal każdy zadaje sobie to pytanie gdy jest wymijany na gazetę. Gdy wymuszenie pierwszeństwa zmusza go do nagłego hamowania. Gdy kierowca z naprzeciwka jedzie na czołowe bo wyprzedza kolumnę samochodów. Kiedy padnie na mnie? Dzisiaj? Może za tydzień?

Statystyki mówią, że liczba śmiertelnych wypadków maleje

Przeglądając statystyki ukazujące liczbę wypadków z udziałem rowerzystów można dojść do wniosku, że jest bezpieczniej. Maleje liczba ofiar śmiertelnych. Trzeba wziąć jednak pod uwagę, że nie jest tak pięknie.

Mam wrażenie, że malejąca liczba ofiar jest raczej zasługą bardziej uważających rowerzystów i samego wzrostu świadomości i umiejętności kolarskich. Jasne, wciąż są wytrzepy patrzące w telefon, ze słuchawkami w uszach i myślące o niebieskich migdałach, ale poza miastem jest ich coraz mniej. A to jednak za miastem jest najniebezpieczniej. Owszem, wypadki śmiertelne mają też miejsce na terenie samego miasta, ale jednak słyszy się o nich dużo rzadziej. W samym mieście częściej możemy doświadczyć jakieś stłuczki, obtarcia czy w ostateczności złamania.

Jako kolarze jesteśmy na chyba najgorszej pozycji. Jesteśmy najmniej lubianą grupą poruszającą się po drogach i cóż… trochę sobie zapracowaliśmy na taką opinię. Przejeżdżanie na czerwonym świetle bo jesteśmy w trakcie interwału. Jazda ulicą w mieście, kiedy obok nas jest pięknie wyasfaltowana ścieżka rowerowa. Jazda chodnikiem *tyczy się raczej zwykłych rowerzystów*. I wiele, wiele innych. 

Powiedzmy to od razu

To nie samochód czy rower jest problemem. Problemem jest nasza mentalność, niestosowanie się do prawa o ruchu drogowym, zbyt niski wymiar kary dla łamiących prawo, i – ostatecznie – przeświadczenie o własnej nieśmiertelności.

Większość z ankietowanych na terenie kraju kierowców stwierdziło, że posiada ponad przeciętne umiejętności (za motofakty.pl – niestety nie udało mi się znaleźć bardziej aktualnych danych). Jeśli dochodzi do wypadku to tylko z powodu złego stanu infrastruktury drogowej lub jest to spowodowane złym stanem technicznym pojazdu. Statystyki policji mówią jednak, że 81,5% wypadków jest spowodowanych czynnikiem ludzkim.

I o to wszystko się rozbija. Jesteśmy nieostrożni, a technologia, która miała nam ułatwiać życie powoduje coraz większe rozkojarzenie u kierujących pojazdami. Zamiast skupiać się na drodze patrzymy w nawigację, odpisujemy na smsa czy próbujemy do kogoś zadzwonić. I to się tyczy obydwu stron.

Nie ma dnia, gdzie nie widziałbym kierowcy zajętego bardziej telefonem niż drogą. I nie ma dnia, gdy nie widziałbym rowerzysty bardziej zajętego ustawieniem muzyki na spotify niż patrzeniem, czy zaraz nie wpadnie na słup. A za nim jedzie jeszcze dwójka takich zombiaków.

Zdjęcie podebrane z filmu opublikowanego na Trojmiasto.tv

Tyle tylko, że nas blacha nie chroni

Jeśli kierowca rzuci okiem na telefon podczas wymijania mnie dla mnie nie skończy się to przetarciem lakieru i wizytą u blacharza. Dla mnie będzie to wizyta w szpitalu lub domu pogrzebowym.

Daleko mi od krzyczenia, że należy zakazać poruszania się samochodami. Ale jestem za znacznym zwiększeniem liczby fotoradarów oraz zwiększeniem wysokości mandatów. I zdecydowanie wyższym egzekwowaniem przez policję znajomości przepisów wobec kierowców. Za często pozwala się samochodom jeździć po mieście więcej niż 50 km/h. 

Obecne prawo chroni kierowców, natomiast nie chroni pozostałych uczestników ruchu. Prawo jazdy zabierane jest dopiero po przekroczeniu prędkości o 50 kilometrów na godzinę. W mieście jest to ogromna prędkość. Dlatego kierowcy pozwalają sobie na jazdę 60 km/h przy szkołach czy w terenie zabudowanym. Bo dostaną za to po prostu kilka punktów karnych i z 200 złotych mandatu. Wielu kierowców ma to nawet wliczone w koszt jazdy samochodem. Taki dodatek do benzyny, oc i ac.

Foto: Mateusz Szmelter, TVN Warszawa

Za mało wysyłamy na policję zgłoszeń dotyczących niebezpiecznych zachowań na drodze. W ten sposób, w pewnym sensie, zgadzamy się na takie zachowanie. Pisał o tym ostatnio Maciek Hop. Boimy się być nazwanym konfidentem, ubekiem i tak dalej. Według mnie każdy kolarz jeżdżący treningowo powinien zainwestować w kamerkę. Jest to po prostu element bezpieczeństwa. Trasy po których się poruszamy bardzo rzadko mają jakiś monitoring. Tak było kiedy potrącona została Maja. Z tego co wiem, do dzisiaj nie znaleziona została osoba odpowiedzialna za jej śmierć.

Kamera nie zwróci życia

Ale pomoże w przyszłości wyeliminować ten niebezpieczny element z życia społecznego.

Bo kto popełnia pewne wykroczenie raz, to zrobi to też drugi. Tylko, że za tym drugim razem może przy okazji kogoś zabić. Ostatnio jadąc do pracy samochodem na ograniczeniu do 30km/h na godzinę przy szkole zostałem wyprzedzony z piskiem opon. Nieważne, że była podwójna ciągła i dzieciaki czekające na przejściu dla pieszych. Nie ma fotoradarów ani monitoringu więc hulaj dusza piekła nie ma.

Problem jest też taki, że samej policji nie bardzo się chce cokolwiek robić. Na pewno słyszeliście o akcji dotyczącej 10 metrów. Jakich 10 metrów? Tych, które muszą być pomiędzy zaparkowanym samochodem i przejściem dla pieszych. Niemal codziennie zgłaszam jakiś samochód, a policja jak do tej pory ani razu się nie pojawiła. Przyślą patrol, który nigdy nie nadjeżdża. To samo tyczy się straży miejskiej.

Więc jak możemy oczekiwać, że będą egzekwowane przepisy dotyczące ograniczenia prędkości, podwójnej ciągłej i tak dalej?

Możemy organizować jazdy ku pamięci

Ale póki nie będziemy dbać o jakość naszego zachowania w społeczeństwie to nic się nie zmieni. Dlaczego rowerzyści i kolarze są tymi znienawidzonymi pedalarzami? Bo nie stosują się do przyjętych zasad.

Straciłem rachubę ile razy krzyczałem za rowerzystą, że jest czerwone. Ile razy mijano mnie gdy schodziłem z roweru na przejściu dla pieszych, bo tak głupio kończyła się ścieżka rowerowa. Przylgnęła do nas łatka dyletantów nie robiących sobie nic z obowiązującego prawa o ruchu drogowym. Dlatego jeśli widzisz jakieś głupie zachowanie to reaguj. Nie jeździj ulicą w mieście, jeśli jest obok droga rowerowa. Zadbajmy o nasz wizerunek.

Bo brakuje nam dobrego PRu. Kilka lat temu śmiano się, że pracownicy Public Relations nie dbają o swój PR. Ale to samo tyczy się nas. Zamiast dbać o jakość kolarskich ustawek robimy je byle jak. Jeździmy trójkami, czwórkami, ustawiamy wachlarze i utrudniamy przejazd kierowcom. Na ruchliwych odcinkach zamiast jechać pojedynczo jedziemy zwartą kolumną. To wszystko prowadzi do eskalacji nienawiści. Stąd się potem bierze wymijanie na milimetry, bo kierowca ma nadzieję, że nastraszy i zmusi do jazdy ścieżką czy rezygnacji z jazdy rowerem. Nadzieję, która nie ma nic wspólnego z dbaniem o bezpieczeństwo rowerzysty.

A problem będzie się tylko pogłębiał

Bo zwiększa się liczba nie tylko rowerzystów, ale i kierowców. A brakuje edukacji z obydwu stron. Akcje aktywistów rowerowych w mieście zamiast uczyć kierowców tylko pogłębiają problem. Wzbudzają agresję, bo tamują ruch w najbardziej newralgicznych godzinach. Nie nauczy się kierowcy jechać przepisowo jeśli robi się to poprzez wstrzymywanie ruchu. 

Kursy na prawo jazdy przygotowują do zdania egzaminu. Nie uczą empatii względem słabszych uczestników ruchu. Z drugiej strony, gdy nowy kolarz pojawia się na ustawce nie dostaje pełnego pakietu “dobrych zasad”. Widzi kolegów jadących z pogwałceniem zasad i przyjmuje to jako część kultury kolarskiej. Rodzice puszczają swoje pociechy po chodnikach i nie edukują, że w pewnym momencie trzeba z tego chodnika zjechać na drogę rowerową, a w niektórych wypadkach nawet na ulicę. 

Ostatecznie winna jest też policja. Za mało czasu poświęca na edukację rowerzystów i kierowców na temat pokojowej koegzystencji. Za to, kilka razy do roku organizuje łapanki na chodnikowych “pedalarzy” przejeżdżających po pasach. Co absolutnie nie przyczynia się do jakiejkolwiek nauki, a – ponownie – wzbudza niezadowolenie i tonę wpisów na grupach fejsbukowych, że organizowane są łapanki i lepiej tamtędy nie jechać.

Ale i tak,

nieważne ile pięknych słów napiszę na temat tego, że musimy uważać to nie poprawi to naszego bezpieczeństwa. 

Wystarczy jeden debil zasiadający za kierownicą po alkoholu czy narkotykach by pozbawić życia całą grupę kolarzy. Wystarczy jeden człowiek odpisujący za kierownicą na wiadomość, którą dostał na Messengerze by wydarzyła się tragedia. Ale wystarczy też zbyt długie klikanie w garminie byśmy to my doprowadzili do tragedii. Zamiast krzyczeć i zaciskać pięści z bezsilności gdy słyszymy o kolejnej tragedii zróbmy coś dla poprawy bezpieczeństwa. Zachowujmy się jak normalni uczestnicy ruchu i nie naginajmy przepisów tak, by pasowały nam w zależności od zaistniałej sytuacji. Być może wtedy zmieni się i postrzeganie rowerzystów/kolarzy. I być może zamiast tysięcy wpisów po śmiertelnym wypadku że “o jednego mniej” pojawi się uczciwa dyskusja jak poprawić bezpieczeństwo na drodze. O ja naiwny.