Powiedzmy sobie to na starcie – Specialized S-works Tarmac nie jest tanim rowerem. Ale kupując taki rower kupuje się coś więcej. Kupujesz swego rodzaju status w kolarskim świecie, ale także spokój. Bo nie musisz się już martwić o to, co zmienić w swojej maszynie. Wszystko jest już ściągnięte z najwyższej półki i zamontowane na rowerze, na którym nie wstyd pokazać się w towarzystwie takich osób jak Peter Sagan czy Rafał Majka. Ale czy na prawdę trzeba tak drogiego roweru żeby odczuwać radość z kolarstwa?

S-Works

W ogóle wiecie skąd się wzięła nazwa S-Works? Jasne, jest to najwyższa linia rowerów Specialized, ale jest to jednocześnie delikatny ukłon do trochę innej firmy.

Tak jak S-Works jest najwyższą linią produktową Speca dla zawodowców, tak w firmie zbrojeniowej Lockheed Martin istnieje komórka nazwana Skunk Works, mająca na celu wdrażanie najbardziej zaawansowanych rozwiązań. To właśnie oni stworzyli między innymi Lockheed F-117, czyli pierwszy w historii bombowiec niewykrywalny dla radarów.

I tak jest też w przypadku Specialized S-Works. To właśnie ta linia zawsze otrzymuje najnowsze technologie jakie mogą wejść do rowerów, a dopiero potem – najczęściej po kilku latach – wchodzą do tańszych modeli. Tak jest obecnie z “Tarmakiem” – wykonany jest z włókien karbonu, które Spec określa jako FACT 12r. Do niedawna 11r były tymi najlepszymi i dostępnymi tylko w S-Worksach. Teraz właśnie te włókna dostępne są w podstawowych, karbonowych modelach Specialized, ale trochę czasu musiało upłynąć, żeby do tego doszło.

Foto: Adam Bereza, Grupetto Warszawa

I am Specialized

Lubię rowery z tą charakterystyczną “Ską”. Podobają mi się wizualnie (tak długo jak nie są matowo czarne), pasują mi geometrią i podoba mi się filozofia stojąca za ich produktami. Dlatego jeżdżę na ich rowerze, w ich kaskach oraz jestem zakochany w nowych butach. Które pewnie też w niedalekiej przyszłości kupię.

Jednak muszę przyznać, że moje pierwsze doświadczenie z ich nowym rowerem do wszelkiego rodzaju zadań mnie zawiodło. Jasne, były to otwarte testy, ale zsuwającą się sztyca trochę mnie rozczarowała. No, ale tak to już bywa, kiedy jedna osoba przygotowuje 10 rowerów i co chwila ktoś podchodzi i zajmuje jej głowę.

Od dłuższego czasu myślę nad zakupem nowego roweru, a Tarmac jest głównym pretendentem. Dlatego poprosiłem polski oddział Speca o udostępnienie mi tego roweru na dłużej. I tak też się stało. O 13.30 był już ze mną w samochodzie, o 14 dokonałem pierwszego ustawienia roweru (wysokość sztycy i takie tam), a o 14.30 wyszedłem na lokalną rundę żeby sprawdzić te ustawienia. O 14.41 wróciłem do domu, bo sztyca zsunęła się na pierwszym wyboju i zaklinowała w ramie. Pomimo pasty do karbonu i odpowiedniego dokręcenia.

Prawie godzinę siedziałem i próbowałem sobie z tym poradzić, no ale cóż. Grunt, że się udało wyjąć sztycę – dzięki temu uniknąłem radosnej podróży dnia następnego do siedziby Specialized tylko po to, żeby oddać niesprawny rower. Sztycę dokręciłem jeszcze raz, tym razem trochę mocniej. Okazało się, że w końcu odpowiednio. Już ani razu nie opadła. 

Rower to wolność

Aktualnie jeżdżę na aluminiowej ramie, notabene też Speca. Wie o tym praktycznie każdy, kto mnie śledzi w Internecie. Kocham ten rower, dla mnie jest idealny. Ale czas jaki upłynął od jego produkcji czyni z niego rower z piękną łatką “retro”.

Bo tak szybko rozwija się kolarski biznes. To, co było najwyższą technologią w ubiegłym roku, w tym jest już trochę przestarzałe. I nie ma co się z tym bić tylko trzeba to zaakceptować.

Tarmac pokazał mi, co znaczy przyszłość. Rama od samego początku zaprojektowana pod względem aerodynamiki, ponoć tak “oreo” jak pierwsza generacja Venge’a. I jestem w stanie w to uwierzyć, bo na Venge’u trochę przejechałem.

Oczywiście, to nie sprawia, że rower sam jedzie. Takie cuda się nie zdarzają, no chyba, że jeździ się elektrykiem odpowiednio zmodyfikowanym.

Ale po pierwszym zakręceniu korbą delikatnie pukam palcem w wyświetlacz komputera rowerowego. Zatrzymuję się za rondkiem w zatoczce autobusowej i zdejmuję oakleye. Dawno ich nie czyściłem, i możliwe, że stąd się wzięły takie dziwne informacje. Ale nie – są czyste i to, co wprawiło mnie w osłupienie jednak jest prawdą. Rower jakby sam jedzie, a ja nie muszę wkładać w to żadnej siły.

Rower to wolność. A z takim sprzętem ta wolność, w postaci braku domów jednorodzinnych i pięknych pól oraz lasów jest osiągalna dużo szybciej. Nawet wkładając w to taką samą siłę. Trochę płaczę w moim małym serduszku, że nie dostałem wersji z hamulcami tarczowymi, które od razu są wyposażone w mierniki mocy. Wtedy wiedziałbym, jak dużo oszczędzałbym mocy.

Drugi dzień

Drugiego dnia wybieram się na dłuższą jazdę. Szczęście w nieszczęściu, że w drodze powrotnej spotyka mnie piękna ulewa. Prawdziwa letnia burza, której pierwsze – i najmocniejsze – uderzenie przeczekuję w kawiarni przy filiżance espresso. Co nie zmienia faktu, że moją głowę zaprząta to, jak rower sprawdzi się w deszczu.

Na continentalach przejechałem mnóstwo kilometrów w każdych warunkach i jestem pewien tego, jak zachowają się na mokrej nawierzchni. Trochę niepewnie podchodziłem do Turbo Cottonów Speca, bo to był mój pierwszy kontakt z tymi oponkami.

I szczerze mówiąc, to chyba jedna z dwóch rzeczy, które zmieniłbym w tym rowerze. Drugą jest rzecz jasna kolor. Turbo cottony są diablo szybkimi oponami, to trzeba im przyznać. Ich opory toczenia są – jak dla mnie – mniejsze niż najlepsze produkty Continentala. Ale jednak, jak dla mnie, brakowało im odrobiny przyczepności.

Coffee ride z Grupetto

Tak się radośnie złożyło, że 15 sierpień był dniem wolnym od pracy. Co można zrobić takiego dnia? Oczywiście umówić się na rower z grupką zapaleńców i wyskoczyć na luźny coffee ride.

Czemu coffee ride, a nie długi trening z mocnym tempem? Bo, że tarmac jest rowerem szybkim to wie każdy. Czy jest wygodny to już trudno stwierdzić, a spokojna przejażdżka doskonale może ukazać jego wszelkie wady w tym zakresie.

Dojazd do metra Młociny z domu to dla mnie około 40 minut. Oczywiście, za długo bawiłem się w robienie sobie pełnowartościowego śniadania i czasu na dojazd miałem tylko 30 minut. Wystarczyło w zupełności, a i na odprawę lidera Grupetto Warszawa zdążyłem. Dodatkowo zachowując dużo sił na dalszą jazdę, co raczej byłoby trudne przy allezie.

Oczywiście, napis S-Works budzi olbrzymie zainteresowanie. W końcu to taki creme de la creme kolarskiego światka. Podobne zainteresowanie budzi chyba tylko Trek Madone czy Pinarello. No, bo nie widziałem jeszcze nigdy nikogo zachwycającego się Giantem czy Meridą na ustawce. Ale mało jeszcze w życiu widziałem, więc cóż – może to jedna z tych rzeczy, które jeszcze mnie kiedyś spotka.

Foto: Adam Bereza, Grupetto Warszawa

Sama jazda to spokojne kręcenie kilometrów, z dłuższą przerwę na kawę, segmentem po bardzo nierównej nawierzchni (która wprawiłaby Roubaix w lekkie zakłopotanie) oraz niemal zero jakichkolwiek wzniesień. Jedyne jakie mieliśmy pokonaliśmy od drugiej strony – czyli w dół. Aczkolwiek, mimo spokojnego charakteru jazdy udało się zdobyć jakiegoś koma, i bez żadnych problemów przejechać dystans, bez nawet odrobiny zmęczenia. Z resztą – trochę trudno zmęczyć się na 100 kilometrowej, luźnej ustawce.

Ukryta wada S-Worksa

Ale mimo wszystkich zalet, o których będę chciał jeszcze wspomnieć niżej, S-Works to także swego rodzaju przekleństwo dla osoby, która nie jest prosem. I która mimo wszystko nie potrafi pochwalić się dobrze podającą nogą.

Bo przyjeżdżając na ustawkę na rowerze z najwyższej półki od razu dostajesz łatkę silnego i wytrawnego kolarza. A jeśli gdzieś pójdzie Ci trochę gorzej, to już przez bardzo długi czas nie zdejmiesz z siebie łatki pozera i gościa, co ma więcej kasy niż obwodu łydki. Jeśli ci to nie przeszkadza – to droga wolna. Ja jednak wolę pozostać przy trochę tańszej wersji Tarmaca i pozwolić sobie na trochę niedoskonałości i ukrywania się gdzieś z tyłu peletonu.

Dodatkową wadą jest dla mnie – malowanie. Chciałoby się trochę zaszaleć z kolorami przy tak drogim rowerze, jakiś pięknie lśniący w słońcu odblaskowy lakier. Albo tak jak na rowerach Speca na Igrzyskach Olimpijskich, gdzie kolor zmieniał się w zależności od temperatury. Ale niestety – czarny mat jest najczęściej wybieranym kolorem w topowych rowerach i dlatego jego produkuje się najwięcej.

No i na minus można zaliczyć konstrukcję zacisku sztycy. Według mnie wymaga zbyt chirurgicznej precyzji w momencie ustawiania, a i tak ryzykuje się jej zjechaniem i utknięciem w rurze podsiodłowej.

Ale teraz o zaletach

O zaletach można byłoby się rozpisywać godzinami. Ale prawda jest taka, że jeśli jesteś średniakiem, to S-Works robi z ciebie dobrego kolarza. Tak było w moim przypadku.

Daleko mi do tego, by gdzieś strzelać KOMy, czy walczyć o najwyższe lokaty na wyścigach. A jednak wychodząc na trening na takim topowym rowerze uzyskiwałem czasy na lokalnych segmentach tylko nieznacznie gorsze od takich osób jak Alan Banaszek czy Łukasz Wiśniowski. Kim są te osoby, to chyba nie trzeba mówić. Jasne, można powiedzieć, że mimo wszystko zrobiłem spory postęp w zakresie wydolności organizmu w trakcie trwania tego roku, ale nie aż na tyle, żeby mieć wyniki porównywalne z prosami.

Czuć, że rower jest maksymalnie aerodynamiczny. Godziny spędzone w tunelu aerodynamicznym nie poszły na marne i rower tnie powietrze aż miło. Aczkolwiek trzeba wziąć pod uwagę, że jest to pełny zestaw – z wysokim, bo 50 milimetrowym stożkiem, który dodaje nie tylko walorów estetycznych, ale także aerodynamicznych.

Di2. Ogólnie nie przepadam za Di2, bo po oddaniu roweru muszę wrócić do mechanicznej Ultegry. Ale taka jest prawda – smakując dobroci związanej z elektroniczną grupą od Shimano mamy wrażenie, że powrót do mechaniki to cofnięcie się w czasie i komforcie. Zero problemów – nie ważne jak jesteśmy zmęczeni to zawsze damy radę zmienić bieg. Przycisk, dźwięk silniczka i już zmienione. Zawsze perfekcyjnie, bez problemów i pamiętaniu o trymowaniu.

Ale i tak liczy się

Radość z obcowania z takim rowerem. I tutaj jest tego mnóstwo.

Rama Tarmaca jest wyjątkowo ładna. Mówię rzecz jasna o samym kształcie, bo czarny mat to zupełnie nie moja bajka. I niezależnie, czy rama wisi na ścianie czy już w postaci całego roweru pokonuje kolejne wzniesienia.

Pozostaje jeszcze kwestia tego dla kogo jest taki rower. Już abstrahując od ceny, bo powiedzmy, że bierzemy pod uwagę tylko podstawową wersję, a nie S-Works. W segmencie wyścigowych rowerów Speca mamy Venge’a, Tarmaca i Roubaix. O Roubaix możecie przeczytać w tym wpisie, na Venge’a jestem wstępnie umówiony, a o Tarmacu właśnie czytacie.

Venge to maszyna do jazdy po płaskim – jej jedynym zadaniem jest pomoc sprinterom w jeszcze szybszej jeździe. Roubaix ma ułatwić jazdę po nierównościach i zapewnić dosyć zrelaksowaną pozycję na rowerze. Nowy Tarmac to rower do wszystkiego. Tak aero jak to tylko możliwe dla rowerów wspinaczkowych, a jednocześnie wygodny i dobrze tłumiący nierówności. Przyśpiesza jak żaden rower na jakim do tej pory jeździłem i jest maksymalnie przewidywalny w zakrętach. Żałowałem tylko, że nie zabrałem go nigdzie w prawdziwe góry. Bo trudno uznać lokalne hopki za trudne podjazdy.

Kupując taki rower zyskujesz przyjaciela

Tarmac nie jest rowerem do codziennego jeżdżenia po bułki. Z resztą, mało kto kupuje tak zaawansowany sprzęt do jeżdżenia do sklepu. Jest to doskonała maszyna wyścigowa, która niejednokrotnie dowodziła swojej wartości na zawodowych trasach.

Wiadomo, że rower kupujemy raz na kilka lat. Dlatego warto bardzo dokładnie rozważyć taki wybór. Jeśli możemy sobie pozwolić na tylko jedną maszynę, to według mnie Tarmac jest najlepszym wyborem. To taki przyjaciel, który nigdy cię nie zawiedzie – czy to na płaskim czy pod górę. Jeśli będziesz potrzebował zasprintować żeby wygrać podwójne espresso w zakładzie ze swoim kumplem to on ci to umożliwi. Tak, jak prawdziwy przyjaciel nigdy nie odmówi ci piwa o 22 w niedzielę.