Dante Alighieri napisał w swoim opus magnum “porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy [tu] wchodzicie”. Patrząc na to, jak wygląda trasa Memoriału Królaka jestem zdania, że organizatorzy wzięli sobie do serca te słowa. Memoriał Królaka to zasadniczo prosta trasa – kilkaset metrów płaskiego, zjazd po kostce brukowej na Karowej, a na zakończenie pętli podjazd Bednarską i jej morderczymi brukami. Miałem nie brać udziału w tym wyścigu. I do tej pory zastanawiam się, co mnie podkusiło, żeby jednak spróbować.

Poniedziałek, 30 lipca

Budzę się po bardzo srogim uderzeniu w nos. Pierwsza myśl, to czy cofnąłem się w czasie o kilka lat i znowu uczęszczam na karate. Druga, to że zabiję tego, kto tak mocno uderzył. A już na pewno oddam z taką samą siłą. Jednak po chwili dociera do mnie płacz Idy. Dziecko przez sen postanowiło uderzyć mnie w nasadę nosa, niemal go łamiąc, ale to jednak ona odczuła to dotkliwiej. Zamiast bólu i przejęcia swoim losem odczuwam troskę do tej małej istoty. Ale jednak siła uderzenia pozostawia pewien ślad na psychice i może jakieś mini wstrząśnienie mózgu. Zaczynam rozważać start w Memoriale Królaka.

Odpalam smartfona, loguję się do messengera i wysyłam jedną wiadomość, która zamienia się w konwersację grupową. Ostatecznie decydujemy się na przejazd trasą w dniu następnym. Większość z XBOX Bike Team już startowała w tym wyścigu, ale jednak ząb czasu zdążył zatrzeć wspomnienia. Zaczyna docierać do mnie, że raczej na pewno wezmę udział w tym wyścigu, chociaż jeszcze rano nie brałem tego absolutnie pod uwagę.

Wtorek, 31 lipca

Poranek – dziecko na twarzy to nic nowego dla mnie. Za pierwszym razem mogło to być troszkę denerwujące, gdy ze snu wyrywa Cię uczucie małych rączek próbujących złapać twoją gałkę oczną. Teraz jest to całkiem normalne. Tak samo jak wysokie tony, których dorosła osoba nigdy już nie będzie w stanie z siebie wydobyć, wtłaczane bezpośrednio do ucha. Ale dzień jest już automatycznie dużo lepszy, bo jest dniem wolnym od pracy. Mamy z Asią taką niepisaną umowę, że zawsze w urodziny – niezależnie moje czy jej – bierzemy sobie jednodniowy urlop. Telefonów za bardzo nie odbieramy, chyba że jest to coś bardziej istotnego.

I tak leniwie do wieczora spędziłem dzień swoich 30. urodzin. O 19 byłem umówiony na krótką przejażdżkę po trasie wyścigu. Tyłek boli po zjeździe Karową, ale szybko uda i łydki dają o sobie znać gdy podjeżdżamy Bednarską. Tyłek z resztą też. Po czwartym okrążeniu decydujemy na zakończenie jazdy luźnym podjazdem pod Tamkę. W głowie jestem już zdecydowany, że daruję sobie Królaka. Cztery okrążenia dały się we znaki, a co dopiero osiem.

I tak kiedy wracałem w promieniach zachodzącego słońca na swoją zieloną Białołękę niemal całkiem zrezygnowałem już ze startu. To nie na moje nerwy. Lub, jakby to powiedział Roger Murtaugh z Zabójczej Broni, “I’m too old for this […]”. Ale ślad na psychice i drobne uczucie porażki pozostało. To właśnie to uczucie, gdy wciskasz w siebie ostatni kawałek dużej pepperoni. No bo przecież nie pozwolę, żeby ten jeden ostatni kawałek leżał i śmiał mi się prosto w twarz. Po powrocie do domu siadam przy laptopie i zapisuję się na wyścig. Ale nie opłacam. W razie czego zostawiam sobie drogę ucieczki.

Sobota, 5 sierpnia

Umawiam się na odbiór ciuchów teamowych. No bo jeśli wystartuję, to jednak wypadałoby fajnie wyglądać. Skoro już dołączyłem do zespołu to dobrze byłoby reprezentować jego barwy.

W domu przekopuję karton ze sprzętem rowerowym. Już wiem, że Memoriał pojadę, ale wciąż tego nie powiedziałem głośno. Nie chcę zapeszać. Bo po co? Wyciągam tarczę 34 i montuję do swojej korby. Wszędzie w kolarskich rejonach internetu odradzają łączenie blatu 52 z 34. Ponoć za duża różnica dla przerzutki. Po obiedzie wskakuję na rower żeby sprawdzić jak to połączenie będzie działać. Spodziewałem się ciągłego spadania łańcucha, a chodziło płynniej niż standardowe połączenie 52/36. Czyli już wiem jak w przyszłości dobierać przełożenia na wyścigi o bardziej pofalowanych profilach.

Jasne, zeskok jest duży przy przejściu z dużej na małą tarczę, ale nie jest to coś niemożliwego. Osobiście polecam.

Niedziela, Memoriał Królaka

Budzi mnie zapach kawy i deszczu. Asia wstała z Idusią wcześniej i postanowiła zaparzyć świeżo zmielonej kawy o aromacie creme brulee. A ja wyglądając przez okno cieszę się, że nie opłaciłem startu w Królaku. Bo jazda w deszczu po kostce brukowej to prosta droga do złamania. Ciała i ducha. W jednej chwili.

Jednak o 8 przestaje już padać, a termometr zaczyna pokazywać bardziej tradycyjne, dla ostatnich dni, temperatury. Także dokonuję ostatniego przeglądu sprzętu, dokręcam co powinno zostać dokręcone, i pakuję sprzęt do samochodu.

Tuż przed wyjściem pytam Idę, w którym kasku jechać. Bardziej przewiewnym propero czy aerodynamicznym evade. Pierwszy wybór niekonkluzywny, bo wybrała obydwa naraz. Przy drugiej i trzeciej próbie wybrała Evade’a, więc to jego ostatecznie wybrałem. Dziecko miało radochę, a ja przegrzaną głowę. Dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Na miejscu meldujemy się trochę po 12. Opłacenie startu, przypięcie numeru i chipu. Krótki przejazd po trasie, tak żeby jeszcze raz sprawdzić sobie jak przerzutka obsłuży kombinację tarcz nie przeznaczoną dla niej.

13.30 – start

Na start z chłopakami z zespołu stawiamy się dziesięć minut przed startem. Wystarczająco daleko, żeby już widzieć tylko niknące w oddali tyły kasków innych zawodników. Już na starcie mamy straty jakieś 20 sekund minimum. Wyścig jest już przegrany. Ale żaden z nas chyba nie przyjechał tutaj wygrać.

Kiedy kończy się odliczanie słychać tylko trzaski wpinających się w pedały bloków. Pierwszy rząd, w którym większość stanowiła grupa z Ośki ruszyła mocno… i tyle ich widziałem.

Karowa

Karowa jest chyba najbardziej technicznym elementem całego wyścigu. Całkiem ładny asfalt na wejściu, zakręt w prawo i wlatuję na sekcję z kostki. Potem w lewo, następne dwa także w lewo i na końcu prawo. Krótka prosta i w lewo w Browarną. Trzeba tylko znaleźć odpowiednią linię do jazdy. Ten segment to doskonały moment, żeby chwilę odpocząć i nastawić się psychicznie na nadchodzącą rzeźnię.

Dobra technika przy wchodzeniu w zakręty to tutaj podstawa, taka namiastka jazdy po górskich serpentynach. Pomylisz linię, źle wejdziesz w zakręt i możesz wyłożyć się o krawężnik lub podetnie Ci koło na zakręcie. Karowa z warszawskich chłopców robi prawdziwych mężczyzn. O ile jadą na szosie, bo na góralu ten zjazd można po prostu przelecieć i nie zauważy się tego. Ci, którzy jeżdżą MTB mężczyznami muszą stać się gdzie indziej.

Mój najszybszy zjazd Karową to 1:06. Dało to średnią 41,6 km/h. Bez szału, ale też wstydu nie ma.

Bednarska

Zawsze kiedy zbliżam się do jakiegoś podjazdu w duchu odczuwam pewnego rodzaju ekscytację. Nie dlatego, bo je lubię. Raczej dlatego, że uważam to za wyzwanie. Czy się uda, czy nie. W przypadku Bednarskiej coś takiego jest podwójnie bardziej odczuwalne.

Nie ma się co oszukiwać. Nie jest to trudny podjazd jeśli patrzymy na długość czy średnie nachylenie. To 21 metrów przewyższenia, o średnim nachyleniu 7%. Ale kiedy dodamy do tego fakt, że całość wyłożona jest brukiem, który – w mojej opinii – zostałby przywitany z otwartymi ramionami nawet na Paryż-Roubaix, to dostajemy obraz swoistego piekiełka. 

Bednarska to także miejsce, w którym można znaleźć największą liczbę kibiców. Tych, którzy świadomie przyszli na wyścig, żeby dopingować ludzi pokonujących ten podjazd. Tutaj odbywa się prawdziwa selekcja, a dętki wybuchają. Na twarzach ludzi pojawiają się twarze wykręcone w nienaturalnym bólu. To ostatecznie tutaj dochodzi do prawdziwych “walk of shame”.

Także w trakcie tego wyścigu ustanawiam swój najlepszy czas na tym odcinku – 46 sekund, ze średnią 18,4 km/h. KOM na Bednarskiej to “tylko” 26 sekund (32,5 km/h)

Memoriał Królaka, okrążenie 5

Wyścig układa się po mojej myśli do 5 okrążenia. Tak jak większość złapałem już dubla od chłopaków walczących o podium. Żadna to hańba, bo cóż. Nie jestem cyborgiem.

Do tej pory wszystkie okrążenia pokonuję mniej więcej w tym samym czasie, który jak dowiem się potem z wyników na stronie internetowej, uplasowałby mnie w połowie stawki. Od samego początku jechałem starając się utrzymać stałe tempo – na prostej jechać komuś na kole, żeby się nie zamęczyć jadąc pod wiatr, na zjazdach dokręcając tam gdzie to konieczne, a na Bednarskiej utrzymując stały puls. Sprawdzało się to świetnie.

Martwiłem się trochę tym 5. okrążeniem. Treningowo przejechałem tę trasę 4 razy i po ostatnim podjeździe zacząłem odczuwać lekki ból w plecach. Ale zmiana na 34 zęby na korbie sporo pomogła. Siły w nogach były, plecy nie bolały, a w płucach płonął przyjemny ogień.

Ale inteligentna jazda to jedno, a co innego wypadki losowe. Nie wiem jak do tego doszło, ale na Bednarskiej po prostu wjechał we mnie człowiek z Ośki. Efekt? Jego DNF, bo dętka mu poszła. Przez moją głowę natomiast przeszła myśl, żeby też zrezygnować. Odciągnąłem tylny hamulec niemal maksymalnie, bo obcierał mi o koło. Wskoczyłem na siodełko i już chciałem ruszyć, kiedy zobaczyłem mostek ustawiony w przeciwną stronę do koła.

Fotografia: Zbigniew Świderski, Poland Bike Marathon

Zirytowany wszedłem po prostu na górę i już chciałem zrezygnować z pozostałych trzech okrążeń. Zarzucić ramę na ramię i po prostu podejść do biura zawodów. Ale trochę wstyd w pierwszym wyścigu, w którym staruję jako zespół, zrezygnować w połowie. Nieco na siłę, bez jakichkolwiek narzędzi, przywróciłem mostek do pierwotnej pozycji i zacząłem kręcić próbując wrócić do wcześniejszego rytmu. To okrążenie zakończyłem z czasem 7 minut i kilku sekund. Prawie 2,5 minuty wolniej od mojej średniej.

Bo problemem jest głowa

Okazało się, że już nie wróciłem do czasów sprzed defektu. Jasne, jechałem szybciej niż na 5. okrążeniu, ale wciąż minuty wolniej od moich najszybszych. Zamiast 5 i kilku sekund robiłem okrążenie w ponad 6.

Bo pomimo tego, że masz wiarę w swoje umiejętności, to jednak na zjeździe trochę bardziej pilnujesz klamek hamulcowych i zwracasz uwagę na to, jak zachowuje się rower. Pamiętasz, że masz go poluzowanego i nie chcesz zaliczyć jakiegoś poważniejszego wypadku. Tego po prostu nie przeskoczysz. Oczywiście, prostszą drogą byłoby zrezygnowanie z wyścigu, ale czy chcesz czekać do kolejnej edycji, żeby z głowy wyparowało uczucie tej porażki z samym sobą? Osobiście nie lubię tego uczucia, dlatego wolę odrobinę zaryzykować. Tym bardziej, że zostały tylko 3 okrążenia.

Ostatecznie przejechałem całą trasę w 45:03. Dało mi to 64 miejsce na 82 startujących. Gdyby wszystko szło po mojej myśli, skończyłbym w okolicach 50 miejsca. Tym bardziej, że na 6. podjeździe także miałem chwilę postoju, bo wdałem się w krótką wymianę zdań z jednym z kibiców.

O kibicowaniu słów parę

Na oddzielny akapit zasługują także kibice. Wyjątkowo nie w tym pozytywnym znaczeniu. Oczywiście, większość stanowiła ta fajna część – krzycząca i zachęcająca do walki. Machająca jakimiś proporczykami i klaszcząca. Po prostu ta wysyłająca pozytywną energię do startujących.

Boli trochę to, że nie wszyscy potrafią się zachować. Nie każdy jest urodzonym kolarzem. Nie każdy spędza kilka tysięcy godzin w siodle każdego roku. Dla niektórych Memoriał Królaka był pierwszym wyścigiem, w którym wzięli udział. I krzyczenie “daj sobie spokój, Spaślaku” nie jest dobrym kibicowaniem.

Nieprzyjemną sytuację miała też moja Asia. Ida spała sobie grzecznie w wózeczku, ale komuś przyszedł do głowy idealny pomysł, żeby obudzić ją dzwonkiem. Dzwoniąc niemal bezpośrednio do środka, tuż przy twarzy dziecka. Na zwrócenie uwagi zareagował tylko stwierdzeniem “nie podoba się, to zostań w domu”. No drodzy panowie. Ponoć kolarstwo to niezwykle kulturalny sport, więc może warto byłoby to pokazać. Oddzielić się od niezbyt fajnego kibicowania na stadionach piłkarskich, na które często i gęsto strach zabrać dzieci. Bardzo mi się nie spodobało takie zachowanie.

Słowem podsumowania

Memoriał Królaka to niesamowite kolarskie święto dla mieszkańców stolicy. Trudno szukać u nas drugiego takiego wyścigu, zdecydowanie jest też chyba najtrudniejszą gonką na Mazowszu. Cieszy fakt, że obyło się bez jakichkolwiek uszczerbków na zdrowiu (albo ja o takich nie słyszałem).

Kiedy zszedłem z roweru odczułem ulgę. I swego rodzaju spełnienie. Był to najbardziej bolesny wyścig jaki przejechałem do tej pory. Był też wyścigiem najtrudniejszym – nie ze względu na dystans do pokonania, przewyższenia czy technikę jaką wymagał. Po prostu pokonanie podjazdu po bruku wymaga jedynego w swoim rodzaju wyłączenia czynnika bólu. Nie zważania na to, że rower nagle wydaje się dużo cięższy, a opona niemal przybita do podłoża. Trzeba po prostu przetrwać. A nagrodą za pokonanie pętli jest kolejna porcja bólu na kolejnym okrążeniu.

Ale kiedy już jesteś na ostatniej prostej i widzisz słupki oddzielające kolejne metry od siebie czujesz euforię. Że wytrwałeś. I nie liczy się, czy przyjechałeś pierwszy, dziesiąty czy ostatni. Memoriał to, w moim odczuciu, jednej z niewielu wyścigów, gdzie każdy kto dotrwał do końca jest zwycięzcą.