Wpis powstał dzięki wsparciu firmy Bikester.pl – możecie u niego znaleźć elektryczne rowery szosowe Orbea

Kolarstwo szosowe w ostatnich latach zaczęło gwałtownie ewoluować. Nawet najbardziej zatwardziali w swoich poglądach szosowcy zaczynają dopuszczać do swojej świadomości, że hydrauliczne hamulce tarczowe nie tyle mogą być, ale że są lepsze od klasycznych. Jednak jest pewien standard rowerów, które wzbudzają takie same kontrowersje w świecie kolarstwa szosowego jak i górskiego. Mowa oczywiście o rowerach elektrycznych. Według mnie to niezbędne ogniowo w rozwoju rowerów. Więc pozwólcie mi powiedzieć dlaczego elektryczna szosa jest taka potrzebna.

Elektryczna szosa? E-szosa? ESzosa?

Dobra, od razu rozprawmy się z pewnym problemem. Ogólnie na wszelkie literki “e” poprzedzającymi słowo właściwe mam ostre uczulenie. Chociaż jeśli mielibyśmy stworzyć nowego potworka językowego takiego jak “mejl” to wolę pozostać przy e-szosie. No, chyba, że macie jakieś lepsze zamienniki. Jeśli tak, to piszcie, chętnie poznam.

Inna zaleta? Nie musisz martwić się o gramy, zawsze te 25 km/h pojedziesz

To co jest takiego fajnego w takich rowerach?

Ogólnie dla osób takich jak ja czy przeciętna osoba odwiedzająca mojego bloga podejrzewam, że nie za wiele. Pokonanie 100 kilometrów, w szczególności na takim Mazowszu, to nie problem. Podjazd pod większość górek, przy odpowiednim przygotowaniu sprzętu, także nie powinny stanowić problemu. Kompaktowa korba i kaseta z szerszym zakresem załatwią 90%  naszych problemów przy większych nachyleniach. Ale elektryki nie zostały stworzone dla osób takich jak Ty czy ja.

Zostały one stworzone po to, żeby osoby o trochę słabszym zdrowiu czy po prostu w zaawansowanym wieku także miały szansę pobawić się na szosie (e-szosie?). Bo kolarstwo nigdy nie było, nie jest i nie będzie sportem elitarnym, zastrzeżonym dla jakieś grupy społecznej. To, co nas odróżnia od takiego, na przykład golfa, jest to że nasz sport możemy uprawiać praktycznie wszędzie. Ćwiczymy i ścigamy się na tych samych drogach co zawodowi kolarze. I to jest piękne w tym sporcie.

Dlaczego więc zabierać tę przyjemność osobom, które nie mogą sobie pozwolić na pokonanie – ze względów zdrowotnych czy wiekowych – legendarnych podjazdów takich jak Zoncolan czy Mount Ventoux? Zresztą – podejrzewam, że nie jeden amator miałby problem z podjechaniem tych gór bez wsparcia. Ostatnio fajnie pokazał to  Eurosport przy okazji Giro d’Italia.

Przeciętny człowiek walczy z Zoncolan

Na co zwrócić uwagę przy wyborze?

Dobra, przejdźmy do trochę bardziej zasadniczej części. Jak wybierać te całe rowery elektryczne?

Najpierw oceniamy czy rower jest szosą czy nie. Ma baranek i klamkomanetki? To znaczy, że to jest właśnie to czego szukamy. Warto także zwrócić uwagę na to, jakie hamulce mamy zainstalowane w rowerze. Szczerze mówiąc wydaje mi się, że nie ma co się pakować w klasyczne tylko trzeba od razu zainwestować hydrauliczne tarcze. Mało kto w dzisiejszych czasach nie hakuje komputera e-rowera i nie obchodzi zabezpieczeń we wspomaganiu pedałowania. Wiecie, tego, że pomaga nam tylko do 25 km/h. Jasne, prosi i zaawansowani amatorzy potrafią wyhamować na klasycznych hamulcach obręczowych nawet ze znacznej prędkości, ale to tylko w ograniczonym ruchu ulicznym. Na zatłoczonych ścieżkach rowerowych czy miejskich ulicach każdy metr hamowania jest na wagę złota.

E-bike Orbea Gain – jest piękny

Wiecie, że są dwa typy rowerów ze wspomaganiem elektrycznym? Ja nie wiedziałem, ale dzięki Bikester.pl się dowiedziałem. Jeden to ten w naszym klasycznym rozumieniu – ze wspomaganiem do 25km/h, a potem sobie radź sobie sam. Idealnye do zdobywania KOMów na segmentach góskich. Drugi to już coś w rodzaju motoroweru, gdzie wymagane są już odpowiednie uprawnienia do poruszania się nimi. Bo jakby nie patrzeć, wspomaganie w nich zostaje odcięte dopiero po osiągnięciu prędkości 45km/h. Chcecie poczytać więcej na ten temat to zajrzyjcie na tę stronę, gdzie ładnie i przejrzyście jest to wytłumaczone.

Warto się w to w ogóle bawić?

Według mnie – jak najbardziej. Do tej pory miałem okazję przejechać się tylko na jednym rowerze z takim wspomaganiem, ale mam nadzieję szybko naprawić ten błąd. Tym bardziej, że coraz większa liczba producentów wprowadza do swojej oferty elektryczne rowery szosowe.

Mamy już Orbeę, Pinarello czy Gianta. A na pewno w ciągu najbliższego roku jeszcze większa liczba producentów dołączy do tego grona. Rynek e-rowerów wciąż się rozwija i przewiduje się, że w 2025 roku będzie wart ponad 24,5 miliarda dolarów. W 2016 roku był on wyceniony na niecałe 16 miliardów. Daje nam to wzrost o 65% w ciągu niecałych 10 lat.

Osobiście na rower ze wspomaganiem się nie przesiądę w najbliższych latach. Dużo jeszcze sił w moich nogach jest, a wiele pewnie pozostaje nieodkrytych. Ale kiedy sobie pomyślę, że wraz z wiekiem moja forma będzie spadać, a będę chciał zachować chociaż pozory tego, że dam radę w górach to bez problemu przesiądę się na rower elektryczny. Ego bardziej ucierpiałoby

Nie widzę sensu używania takich rowerów w wyścigach (no, chyba, że w całkowicie oddzielnej kategorii), ale już w takim romantycznym kolarstwie to jak najbardziej. Z resztą ostatnio rozmawiałem na ten temat z moją Asią. Takie rowery to też doskonały wybór dla naszych partnerek, które chciałyby razem z nami poznać wspaniałe zakątki gór i pozachwycać się widokami. I utrzymać “pro-amatorom” koła. A objechać ich na 20 i więcej procentowej ściance to już zupełnie co innego.

Nie powiem

Biegnij i kupuj elektryka. Ale przeglądając ofertę takich producentów jak na przykład Orbea na stronie Bikester.pl to mam wrażenie, że elektryczne szosy przyjmą się dużo szybciej. Na pierwszy rzut oka są nie do odróżnienia od klasycznego roweru. I to mi się podoba.

Bo nie ma co stygmatyzować takich użytkowników od razu. Według mnie, rowery elektryczne pokazują dużo bardziej świadomy wybór użytkownika niż jakakolwiek inna szosa. Bo nie jest sztuką wybrać pomiędzy grupami osprzętu. Sztuką jest przyznać się do pewnych swoich ograniczeń i usiąść na czymś, co jest wyszydzane przez innych członków twojej społeczności. Bo tak jest z rowerami elektrycznymi. Teraz nieco wyszydzane, ale mogę się założyć, że za 10 lat wielu będzie już miało taką szoskę w swoim garażu.