Chciałbym przetestować dla Was jak największą liczbę sprzętu. Nie będę ukrywał, że dla mnie to też jest świetna zabawa. Możliwość obcowania ze sprzętem najwyższej jakości, zabawa z topowymi grupami szosowymi czy najszybszymi kołami. I dzisiaj będzie o kołach słów kilka. A dokładniej o tym jakie testy mnie denerwują i, że coś z tym całym biznesowym Januszyzmem powinno się zrobić.

 

Vinci

 

Nakreślmy najpierw sytuację

 

Ostatnio na polskim rynku pojawiło się sporo firm oferujących zainteresowanym klientom o odpowiedniej grubości portfela wysokiej jakości karbonowe koła. O kilku propozycjach mogliście u mnie przeczytać. Były to koła Vinci, Nextie oraz Ron. Bardzo fajne propozycje, nie rujnujące zbytnio portfela, a które dawały sporo korzyści. Wagowych, aerodynamicznych, wizualnych i jakich sobie wymyślicie.

 

Problem pojawia się przy testowaniu takich kół. Każdy producent chce pokazać, że jego są najlepsze. Z reguły w momencie przekazania sprzętu do testów dostaje się też wytyczne, co chce się żeby zostało zawarte we wpisie. Osobiście nie uważam tego za coś złego. Nie będę ukrywał, że dostając koła Nextie do testów zostałem poproszony o zwrócenie szczególnej uwagi na jakość wykonania obręczy. Z resztą podkreślałem to wielokrotnie w trakcie samej recenzji.

 

Nextie

 

Takie prośby producentów to nie jest żadne sponsorowanie recenzji. Trzeba to sobie wyjaśnić od razu, bo w internetach, jeśli dostajesz sprzęt do testów i jesteś proszony o wspomnienie o czymś, to się sprzedałeś. Sprzedałeś się, jeśli dostajesz coś od producenta, dostajesz za to pieniądze i nie mówisz o żadnej wadzie. Pomijasz dosyć istotne elementy, które zaburzają odbiór całości, lub są ewidentnymi błędami konstrukcyjnymi. No i nie oznaczasz swojego wpisu/filmu jako sponsorowany. Co jest nagminne u polskich twórców. W GCN co drugi film jest otagowany jako sponsorowany. Bo mają tyle kontaktów biznesowych, że nie ma w tym nic dziwnego. Na polskim youtubie jeszcze ani razu nie widziałem takiego oznaczenia, a wielokrotnie – i jestem tutaj niemal 100% pewien – materiał był sponsorowany. Jeśli nie pieniężnie, to za pośrednictwem barteru.

 

A w sponsoringu nie ma nic złego

 

W Polsce jest jakiś taki dziwny przesąd, że właśnie oznaczenie filmu jako sponsorowany jest złe. Boisz się bycia sprzedanym. Ale trzeba pamiętać, że za wykonaną pracę należą ci się pieniądze. Bo w przypadku współpracy reklamowej jesteś podwykonawcą. Wykonujesz pracę.

 

Jako kolarze jesteśmy obrandowani od góry do dołu

 

Osobiście zaczynam jednak czuć pewien dystans do producenta jeśli użyczenie sprzętu do testów zależy od pozytywnej recenzji. Coś takiego spotkało mnie ostatnio.

 

Chcesz koła? A pokażesz, że są szybsze?

 

Korespondując z pewną firmą z polski, która zajmuje się składaniem kół doszliśmy do kroku przed przekazaniem sprzętu. Ustalamy szczegóły i nagle strzelają mnie niczym obuchem w pysk stwierdzeniem “Przekażemy jeśli masz miernik mocy i pokażesz na przykładach, że są szybsze od twoich aktualnych kół”. Ogólnie wiem, że raczej są szybsze bo są lżejsze, na lepszych piastach i tak dalej, ale nawet posiadając miernik mocy trudno udowodnić, że są szybsze.

 

 

Dlaczego? Bo jest zbyt dużo zmiennych. Jasne, mogę zamontować te same opony i dętki, nabić to samo ciśnienie i wyskoczyć na lokalny segment sprinterski, podjechać do Serocka żeby sprawdzić na kilku fajnych pseudo podjazdach. Opcji jest mnóstwo. Ale co mi po tym, skoro i tak wszystko zależy od wiatru.

 

Utrzymać 250 watów pod wiatr to co innego niż utrzymanie 250 z wiatrem. O tym wie chyba każdy. Z wiatrem zawsze się szybciej jedzie. Więc co za problem wyskoczyć z jednym kompletem, potem z drugim i ładnie ubrać to w zgrabną tabelkę? Nawet tego samego dnia.

 

Nie wierzcie blogerom

 

Blogerzy to w ogóle śmieszna grupka. Pamiętam, kiedy jeszcze pracowałem w agencjach PRowych, jak wracał do nas sprzęt z testów to blogerzy często trochę sobie ponarzekali na pewne aspekty, a potem w tekście czy wideo nawet o tym nie wspomnieli. Dlaczego? Bo bali się, że więcej producent do nich nie uderzy.

 

 

To jest typowe zwłaszcza dla blogerów z małym i średnim zasięgiem. Oczywiście nie tylko. Ci z naprawdę dużymi mają już swoją wyrobioną renomę i publikę, i nawet jeśli jedna rzecz w sprzęcie im się nie spodoba, to nie będzie problemem. Wystarczy, że wystawi – jak to mówi ponoć młodzież – okejkę. Albo kciuka w górę. Serduszko. Cokolwiek.

 

A co jeśli bloger pisze wam, że coś jest lepsze i kupować od razu? Wtedy to przemyślcie dwa razy. Jeśli mówi, że porównywał w takich samych warunkach to w jakich warunkach? Ostatnio zauroczyłem się testami aerodynamicznymi cycling weekly. Np. jaka rama jest najbardziej aerodynamiczna? No to bierzemy welodrom, gdzie wszystkie zmienne zamkniemy w tych samych ramach (haha, łapiecie? Rama jest zamknięta w tych samych ramach eksperymentalnych. Dobra, więcej nie będę wymyślał żartów) i każemy kolarzowi jeździć na tym samym zestawie kół, ale z innym rowerem. No i się okazało, że produkcja Treka jest najbardziej aero. A w innym teście, że jednym z bardziej aerodynamicznych kasków był ten najtańszych. Magia.

 

Testy laboratoryjne

 

Uwielbiam też serię Speca poświęconą testom różnych rzeczy w ich własnym tunelu aerodynamicznym. Piękna sprawa i faktycznie może pokazać, że coś jest szybsze. Wiadomo, jest ostro nacechowana marketingiem i udowadnianiem, że ich sprzęt jest lepszy od innych… no, ale jest to oficjalny kanał Specialized i trzeba się z tym liczyć. Ale wiedza jaką uzyska się między wierszami marketingowymi to już co innego.

 

Product placement. Product placement everywhere

 

No, ale wracając do tych nieszczęsnych kół. Nie mam problemu z udowodnieniem, że coś jest szybsze od czegoś. Pod warunkiem, że wszystko jest przedstawione rzetelnie i z poszanowaniem do tematu. Może to przez socjologię i ćwiczenia z przeprowadzania badań. Jasne, uczyliśmy się jak przeprowadzać ankiety na jakichś grupach społecznych i tak dalej, ale zasady poprawnych badań są dokładnie te same w przypadku sprawdzania aerodynamiki sprzętu.

 

I have a dream

 

Marzy mi się piękny marketing w Polsce. To, co obecnie mamy to w głównej mierze taki Januszyzm. I brak dbania o pewne standardy. Firmy nie wrzucają zdjęć kotków żeby zwiększyć swoje zasięgi na fejsie, czy ogólnie – własność intelektualna nie jest kradziona i wykorzystywana bez pozwolenia. Tyczy się to oczywiście nie tylko branży rowerowe, ale całości.

 

Nawet na zwykłych – cywilnych zdjęciach – większość kolarzy ma jakiś atrybut związany z ich dyscypliną

 

Gdzie kontakty biznesowe są świętością. Wiem, że jestem trochę mało obiektywny w przypadku polskiego oddziału Specialized, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby na mojego maila nie odpowiedzieli szybciej niż w ciągu 24 godzin. Nie jestem też jakimś wielkim blogierem, ale jednak słabo wygląda gdy dzwonię do innej firmy zajmującej się sprzedażą rowerów, rozmawiam i wszystko jest ładnie i fajnie. Po chwili proszą o maila i kontakt się urywa. Na przypominajkę nie odpowiadają.

 

Zawsze byłem uczony, że jeśli kontaktuje się z firmą bloger to albo od razu grzecznie dziękujesz za współpracę, albo odpowiadasz na maila, który jest ci wysłany. Widać nie wszędzie są te standardy. Chyba nikt nie lubi urywającego się kontaktu.

 

Ale blogerzy mają także swoje za uszami i nie dziwię się, że wielu osobom nie wierzy się, kiedy mówią, że coś jest warte swoich pieniędzy. Sławny przypadek PewDiePie i innych youtuberów, których recenzje gier były kupowane przez Warner Bros. W sensie, że całość miała być przedstawiona w dobrym świetle i zachęcająco do zakupu. Jeśli ktoś mówi, że rower jest genialny i wart każdej złotówki pomimo zwrócenia uwagi na oszczędności w kluczowych elementach to niech zapali się wam lampka ostrzegawcza.

 

Płatne testy nie są problemem

 

Tak długo jak jest napisane, że ten wpis/film powstał dzięki wsparciu firmy. Czepnę się może trochę Szajbajka, ale ciągłe lokowanie Meridy jest już trochę nachalne. Nie miałbym problemu jeśli ogłosiłby “tak, jestem sponsorowany przez Meridę” (o czym chyba już każdy wie) i wtedy każdy film gdzie opowiada o tych rowerach dawał jako “zawiera płatną promocję”. Standardy biznesowe są po to, żeby się ich trzymać.

 

 

Możecie zakrzyknąć, że jest to płacz blogiera, który nie otrzymuje żadnych “darów losu” i rozpaczliwie szuka darmowych gratisów. Daleko mi do tego. Po prostu… chciałbym, żeby branża była szczera. Żebyśmy uczciwie mówili, że dostaliśmy coś w ramach zapłaty, że coś otrzymaliśmy dzięki uprzejmości jakieś firmy. A jeśli jesteś czytelnikiem to miej zrozumienie, że nie wszystko, co zostało opłacone jest z góry ustawione. Z reguły jest to po prostu opłata za czas poświęcony na przeprowadzenie dobrych testów, napisanie tekstu czy zmontowanie wideo. Bo jeśli już robimy coś zawodowo to bierzmy za to pieniądze. Trzymając się jednocześnie pewnych standardów.