Warszawa to wspaniałe miasto. Na przestrzeni kilku wiosenno-letnich miesięcy odbywa się tutaj kilka dużych imprez biegowych i całe centrum stoi zakorkowane, a ludzie bez większego problemu przechodzą nad tym do porządku dziennego. Problem zaczyna się, kiedy organizowane są większe imprezy kolarskie, w liczbie jeden, na Wilanowie. Niby mekka kolarzy amatorów, a wystarczy zablokować ulicę i nagle poziom agresji w komentarzach w Internecie wzrasta o kilkaset procent. Jednak niczym niezrażeni organizatorzy Lang Team Race podeszli do tego na luzie i udowodnili, że miejsca na kolarskie emocje po prostu w stolicy nie ma. I raczej nie prędko będzie.

Ale nie uprzedzajmy faktów

Ten weekend był dosyć specyficzny. Na terenie całego kraju odbywało się kilka imprez kolarskich i można było zgłupieć chcąc wybrać coś dla siebie. Miałem jechać na Bydgoszcz Cycling Challenge, ale ostatecznie zrezygnowałem w trosce o Asię, Idę i koty. Zostały dwie imprezy – Bieg Kolarski o puchar Sienkiewicza na którym startowali moi przyszłoklubowi koledzy oraz Lang Team Race. Ostatecznie, ze względów logistycznych padło na Langa. Początkowo miał być dystans Max, ale w związku z zawirowaniem zdecydowałem się na krótki.

Dziury ładnie oznaczone

Bo wiecie, życie z dzieckiem jest wspaniałe – daje mnóstwo radości i pomaga nawiązywać nowe znajomości. Aczkolwiek, kiedy dziecię zaczyna ząbkować to klękajcie narody. Na VeloToruń byliśmy niemal świeżo po jedynkach dolnych. Od dwóch tygodni przechodzimy dramat jedynek górnych. Powoduje to ogólne niewyspanie, zmęczenie i pogorszenie jakości życia. 

I szczerze mówiąc w takich warunkach trudno o jakiś sensowny trening. Znaczy, jasne, można zrobić. Ale trening nie kończy się po zejściu z roweru – to jednak jest proces, bo potem dochodzimy do regeneracji, której składową jest sen. I nawet mając najlepszą możliwą dietę możemy pożegnać się z jakimiś lepszymi efektami sypiając krótko i z przerwami. A kawa niestety nie pomoże z tym problemem.

Lang Team Race – nie jest źle

Czesław Lang postanowił zrobić z Wilanowa niezaprzeczalną kolarską dzielnicę na przestrzeni dwóch dni – w sobotę odbywał się wyścig MTB, a w niedzielę wyścig szosowy po stole.

Ogólnie od strony organizacyjnej nie było źle. Można było zaparkować bezpłatnie w pobliskiej galerii handlowej, nawet były oznaczenie na Wilanowie prowadzące bezpośrednio do tamtejszego parkingu. Spacerujący z dziećmi byli ciut mniej zadowoleni, bo na chodnikach zagęszczenie amatorów chcących być prosami sięgnęło wartości podobnych do poziomu smogu w zimie. Rozumiem troskę o swoje karbonowe podeszwy oraz bloki w butach, ale przejście kilkunastu metrów ich nie zniszczy. Serio.

To, co mnie trochę zaskoczyło to podzielenie na sektory. Nie ogarniam dlaczego każdy startował oddzielnie. Najpierw kategoria Maxi M1, potem po kilku minutach M2 i tak dalej. Jak głupie jest założenie, że M1 pojedzie szybciej od M2 nie muszę chyba mówić. A całkowitym seksizmem było dla mnie wydzielenie Pań i puszczenie ich całkowicie oddzielnie. No serio, w XXI wieku wciąż wierzymy, że kobiety zawsze będą słabsze od mężczyzn?

Ci kibice w samochodach

Wiecie, co było najwspanialsze? Blisko 5 kilometrów jazdy główną ulicą Wilanowa wśród tysięcy kibiców krzyczących i dopingujących z całej siły. Brakowało tylko rac i mielibyśmy prawdziwe wydarzenie sportowe godne polskich standardów. A nie, oni nie przyszli kibicować. Wykrzywione w nienawiści twarze raczej życzyły rozbicia się przy pierwszej lepszej okazji. A to i wtedy, kiedy kierowca był miły. Gdy teraz myślę o tej sytuacji to szkoda mi policjantów zabezpieczających ten odcinek. W końcu cała złość była wyładowywana głównie na nich.

Po stosunkowo spokojnym początku skręcamy w Przyczółkowską i tutaj dochodzi do prawdziwego startu wyścigu. Ostry zakręt w lewo, kawałek prosto, skręt po łuku, prosto, skręt po łuku w lewo i tak dalej. Ci bez umiejętności technicznych spływają na koniec grupki i muszą walczyć o powrót do zwartego peletonu. Chociaż prawdziwa próba następuje na Okrzewskiej. Seria kilku zakrętów pokazuje kto zasługuje by jechać z przodu. Oczywiście mi ta sztuka się nie udaje.

Ostatni zakręt biorę trochę zbyt szeroko, wynosi mnie na piaszczyste pobocze i kończę go ostatecznie na chodniku widząc jak grupetto odjeżdża. Szczęście w nieszczęściu, że nie leżałem. Spokojnie wracam na trasę wyścigu i oceniam odległość – 50, 100 metrów i tak idzie. Łapię się w grupkę z kolegą na Treku i jakoś udaje się dojechać do pozostałości ucieczki, która przerodziła się w grupkę pościgową.

Szkoda że energii nie można brać na kredyt

To całe gonienie zbiera swoje żniwo. Łapie mnie zapaść i odpadam od mojej grupki. Znowu tracę kilkaset metrów, biorę szybki łyk z bidonu i decyduję się na podjęcie kolejnej próby dojechania. Na przestrzeni kilku następnych kilometrów zaczyna się dziać coś bardzo dziwnego.

Zaczyna przy mnie jechać niebieska Alfa Romeo zabezpieczająca wyścig. Z jednej strony się cieszę, bo dzięki temu jeśli coś mi się stanie, to będzie obok ktoś, kto to zobaczy. Plus kierowcy z naprzeciwka nie spróbują jakichś dziwnych akcji związanych z wyprzedzaniem. W tej samej chwili zauważam, że dystans do grupki jadącej z przodu zaczyna się zmniejszać.

Kilka sekund do katastrofy

I tak do chwili, gdy właśnie Alfa decyduje zajechać mi drogę. Bo wiecie, ona jedzie pod prąd, na pasie obok mnie. I mając z naprzeciwka samochód postanawia zjechać na mój pas. Delikatnie przede mnie, zostawiając niby trochę miejsca na bezpieczną jazdę. Ale nie wiem czy nie zauważył tego samochodu zaparkowanego po prawej. Chcąc nie chcąc zajechał mi całkowicie drogę i musiałem gwałtownie hamować, by nie wbić mu się w bagażnik. Jakimś cudem udaje mi się rozkręcić znowu nogi i dystans do mojego grupkowego katharsis się utrzymuje. Do czasu, aż na rondzie Alfa postanawia mi zajechać drogę jeszcze raz. Grupce macham na pożegnanie i śpiewam “nie płacz, kiedy odjedziesz”.

Nie licz na zmianę

Zabawne jest to, że po drodze zbieram jakichś niedobitków z grupy, która mi uciekła. W międzyczasie wyprzedza nas też czołówka kategorii startującej 2 minuty za nami. Nie płaczę jakoś z tego powodu, bo przynajmniej daje się wskoczyć komuś na koło i odpocząć chwilę.

W każdym razie bardzo krótką chwilę, bo znowu z przodu poszło ostre tempo i wszystko się porwało. W mojej grupce zostaje kilka osób, ja z przodu i pracuję na wszystkich. Resztki energii jakie miałem pożytkuję na długą zmianę pod wiatr, a kiedy zachęcam resztę do współpracy słyszę jakieś niezrozumiałe piski. I się zaczynam zastanawiać, czy przypadkiem na kole nie usiadł mi R2-D2 z Gwiezdnych Wojen.

Nie licz na to, że wyjdę na zmianę

Ostatecznie zmianę daje jeden kolega, potem do pracy dołącza jeszcze jeden, a na zakończenie pracuje jeden ze złapanych chłopaków. Współpraca układa się bardzo ładnie, aż jestem w szoku. Pomiędzy naszą czwórką idzie bardzo ładna praca po zmianach, w całkiem równych interwałach, aż trudno uwierzyć, że udało się to pomiędzy osobami, które widzą się po raz pierwszy w życiu.

Ale tę pożyczoną energię będziesz musiał oddać

Niby dystans to 46 kilometrów. Nikt, kto aktywnie trenuje nie powinien mieć problemu z przejechaniem takiego dystansu w szybszym tempie. No, chyba, że jest się ojcem ząbkującego dziecka. Ojcem, który sypia ostatnio po 4-5 godzin i nie ma co marzyć o dobrej regeneracji i odpoczynku.

Ostatni zakręt w prawo i jesteśmy na Przyczółkowskiej. Z lewej strony wita nas piękny widok na wielką wyciskarkę do cytrusów… ops, przerpaszam – Świątynię Opatrzności. A moje nogi postanawiają zadać pytanie “czy ty wiesz, że zaciągnąłeś spory kredyt na waty?”. Odpowiadam, że i owszem, ale przecież jeszcze te ostatnie 3-4 kilometry pociągną. Słyszę tylko cichy śmiech i gdybym miał na nogach wyświetlacze LCD to na pewno pojawiłby się napis: “system shutdown”.

Lang Race

Łapią mnie skurcze, a kolega z którym najlepiej jakoś układa się współpraca pyta czy zostać ze mną i dociągnąć do mety. Macham ręką, dziękuję i mówię żeby jechał dalej, bo to nie ma sensu. Ostatnie 3 kilometry jadę szukając odpowiedniego przełożenia, tak by nogi się kręciły, nie bolały i ogólnie patrząc po kierowcach w swoich samochodach. Widzę, że gdyby jakimś cudem dali radę po wyjściu z samochodu mnie dogonić to mógłbym tego nie przeżyć i byłby niezły lincz.

Na metę wjeżdżam ze stratą 5 minut do zwycięzcy kategorii. Jego średnia prędkość wyniosła 39,28 km/h, moja zamknęła się w 36,78 km/h. Na tak krótkim dystansie to ogromna przepaść. Z drugiej strony, cały czas się zastanawiam ile udałoby mi się zaoszczędzić na karbonie z dobrymi kołami. Pewnie sporo. Ostatnio kask zmieniłem na Specialized S-Works Evade i już widzę zmianę. Jednak te 40 sekund na 40 kilometrach to nie kłamstwo 😉

Jakie wnioski?

Wnioski są proste – potrzebuję wypoczynku. Zaczynam zastanawiać się, czy nie ograniczyć się bardziej do turystyki rowerowej niż treningów, póki nie będę mógł się normalnie wysypiać.

Drugi to zrzucenie kilku dodatkowych kilogramów, a przede wszystkim, poprawienie jazdy w ostrzejszych zakrętach. Patrząc na swojej ostatnie wyścigi to właśnie ten element powoduje u mnie największe straty i przyczynia się do dużych strat.

No i to by było chyba na tyle na tę chwilę. Do następnego!