Wszystkie zdjęcia wykorzystane we wpisie zostały mi udostępnione za zgodą Wawa Bike

Zima kojarzy się nam, szosowcom, raczej ze żmudnym siedzeniem na trenażerze. Przerywanym co najwyżej krótkimi jazdami na zewnątrz akurat gdy akurat drogi są przejezdne, a w oczy nie uderza śnieg. Ja wiem, że dla wielu nie ma czegoś takiego jak „za zimno na rower”. Sam notorycznie jestem wyśmiewany przez ludzi z JR Concept, że wolę jeździć na Zwifcie niż robić interwały na zewnątrz. Przyznaję, po prostu mam wygodny tyłek i brakuje mi zacięcia godnego największych mistrzów kolarstwa szosowego. No i lubię jeździć w przyjemnych warunkach. Na szczęście powstał wyścig skierowany do ludzi takich jak ja, a mianowicie Elite Race.

Elite Race

W tym roku w wyścigu wziąłem udział po raz pierwszy. Z resztą, w zeszłym roku jakoś nie udało mi się znaleźć nic blisko mnie. Bo pomimo tego że mieszkam w Warszawie, to jednak na totalnym zadupiu Warszawy. Akurat ma to swoje dobre strony, bo ruch samochodowy jest minimalny, ścieżek rowerowych w promieniu kilku kilometrów nie ma, a szosowców jest tylu co na Gassach, przez co kierowcy są dosyć mocno wyczuleni na rowerzystów. No i też samochodów jest dużo mniej niż w mekce warszawskiego kolarstwa. Same plusy.

Ale nie o tym mieliśmy. Elite Race. Wyścig składa się z dwóch etapów – eliminacji oraz finału właściwego. Obydwa odbywają się w odstępstwie kilku tygodni, tak żeby każdy chętny zdążył z próbą wejścia do finału. Wszyscy jedziemy tę samą trasę, więc trudno mówić o jakimkolwiek faworyzowaniu wybrańców. Wybrana trasa nie jest jakoś specjalnie wymagająca – ot 3 kilometry i kilkadziesiąt metrów ze średnim nachyleniem nie przekraczającym 5 procent. Idealna do szybkiego przejechania.

Oczywiście, że wziąłem udział w wyścigu – w końcu czemu nie? Fajna zabawa i okazja do spotkania się ze znajomymi. Szybka podmiana ubrań z miejskich na kolarskie, zakręcenie pokrętłami w butach do uzyskania pożądanej ciasnoty buta, krótka rozgrzewka i można ruszać. 7 minut później kończę przejazd, patrzę na swoje dziewczyny i podejmuję decyzję o powrocie do domu. Wiem, że mogłem wykręcić lepszy wynik, ale nie na tyle dobry, żeby zakwalifikować się do wyścigu finałowego.

Ciekawostka – w WaWa Bike najniższy czas kwalifikujący do finału to 5:37. Raczej wątpliwe, żeby udało mi się urwać prawie półtorej minuty

I tak zmierzamy do wielkiego finału. Cztery najlepsze zawodniczki i zawodnicy stawili się w sobotę 10 lutego w serwisie przy Poborzańskiej, żeby znowu pokazać co to znaczy twarz pełna bólu. I spełnienie po zejściu z roweru.

I have a pleasure room. Do you want to see it?

Całkowicie zgadzam sięz tym, że osoby takie jak ja – wiecie, takie które wolą w zimę siedzieć na trenażerach, mają coś nie tak z głową. W szczególności takie, które jak tytułowy bohater popularnego harlekina dla niespełnionych seksualnie kobiet siedzących w domu, tworzą własne pokoje przyjemności z trenażerem w ich centrum. Czy też jak oni wolą to nazywać – jaskinie cierpienia.

Dlatego podwójnie cieszy, że są inicjatywy mające na celu wyciągnięcie ludzi z tych jaskiń. Dużo przyjemniej przeżywa się kolarstwo, nawet takie wirtualne, wraz z innymi ludźmi. Co prawda w tym wypadku tylko jeden jedzie, mechanizm oporowy przy watach zbliżających się do tysiąca przyjemnie wprawia podłoże w drżenie, a spocone dłonie zaciskają się kurczowo na klamkomanetkach. Oczy skupiają się na uciekających sekundach, a zgromadzeni ludzie uciekają ze świadomości, by zostać zastąpionymi motywacyjną przemową Ala Pacino z Męskiej Gry. No dobra, to ostatnie to dotyczy bardziej osób takich jak ja. A jeśli nigdy nie widziałeś tej przemowy to masz obowiązek obejrzeć ją natychmiast. To jest zdecydowanie jedna z najlepszych i najpiękniejszych mów motywacyjnych w historii kina. Dużo lepsza od przemowy Rocky’ego dotyczącej tego, że życie to nie tylko słoneczko i tęcza.

– 2 na termometrze, a ja jak głupi wsiadam na rower i jadę do sklepu rowerowego

Czy opłaca się jechać do skleposerwisu rowerowego samochodem? Do WawaBike raczej nie – sąsiedztwo galerii handlowej i blokowisk utrudnia znalezienie miejsca do zaparkowania w okolicy. Do tego stopnia, że graniczy to niemal z cudem. Dlatego warto było założyć parę warstw więcej, ciepłe skarpetki, ucałować dziewczyny na do widzenia i wyjść na minusową temperaturę.

Jazda rowerem w zimę ma w sobie coś magicznego. Ostatnio rozmawiałem z Marcinem z JR Concept, czyli kolejnego zaprzyjaźnionego serwisu, że zima to najlepszy moment na budowę kondycji. Że nie ma co siedzieć w domu w ciepłym i tłuc kilometry na trenażerze tylko niczym starzy mistrzowie opatulić się ciepło i odetchnąć świeżym warszawskim smogiem. Niewątpliwie kolejną zaletą mieszkania na obrzeżach jest nieco mniejsze stężenie tego dobrodziejstwa XXI wieku. I zdecydowanie jazda w zimę to świetny trening interwałowy. Krótka, 2 minutowa rozgrzewka do momentu wyjazdu z osiedlowych uliczek i już można zacząć długi 20 minutowy interwał z ciągłą jazdą pod wiatr. Jest pięknie. Po prostu wspaniale. Po chwili jednak zaczynasz odczuwać trochę więcej ciepła i jest jakby trochę fajniej. Jednak to wszystko tylko wrażenie, bo akurat wyprzedzał cię samochód i przez chwilę ochronił przed wiatrem.

Kiedy już dociera się na Bródno to zaczynasz się cicho śmiać z zapewnień władz Warszawy, że ścieżki rowerowe będą odśnieżane. Jasne, dla opon gdzie jest bieżnik przejechanie po mieszance śnieżno-lodowej to tylko chwilowa niedogodność. Przy oponach szosowych zaczynasz się zastanawiać, czy koło ci nagle gdzieś nie ucieknie. Swoją drogą – cieszy mnie, że producenci kół doceniają zmieniające się standardy. Na kołach złożonych na obręczach Nextie (wewnętrzna szerokość 25 mm), które aktualnie testuję, opona 25 mm układa się dosyć szeroko w przeciwieństwie do moich prywatnych Visionów. Na Visionach na śnieg nie odważę się wjechać. W przypadku Nextie wystarczy trochę zwolnić i da się jechać. Nie za szybko, ale się da.

Swoją drogą – w drodze powrotnej odbyłem dosyć ciekawą rozmowę z Policją. Zostałem zatrzymany i zapytany dlaczego jadę ulicą zamiast skorzystać ze ścieżki rowerowej biegnącej tuż obok. Okazuje się, że zaśnieżone ścieżki nie są usprawiedliwieniem dla jazdy po ulicy i w teorii powinienem zostać ukarany mandatem. Na szczęście, czasem trafi się na rozsądnego człowieka, a nie służbistę. Tak było tym razem.

Ale jak to było z tym Elite Race

No dobra, bo właśnie dobijam do tysięcznego słowa w tym tekście, a wciąż nie napisałem nic na temat finału. Cóż, finał to finał. Są nagrody, więc warto się trochę spiąć i spróbować wygrać.  Dla najlepszych trzech Pań oraz Panów zostały ufundowane bony na zakupy o wartości 400, 200 oraz 100 złotych. Dużo czy nie, ale zawsze coś można sobie do roweru za to ufundować. Więc warto się było trochę zagiąć.

Swoją drogą, WaWa Bike to dosyć fajne miejsce na kolarskiej mapie Warszawy. Niby nieco na uboczu, a zawsze fajne wskoczyć, usiąść i napić się espresso czy przejrzeć Szosę i szosy. Jasne, może mam trochę zaburzone podejście do tego skleposerwisu, tak samo jak w przypadku JR Concept, bo wszystkich znam tam osobiście, a wizyty u nich to nie tylko oddanie roweru ale po prostu porozmawianie o życiu codziennym. Niekoniecznie związanym z kolarstwem.

Głównie też po to pojechałem na finał Elite Race – żeby porozmawiać sobie ze znajomymi. Rywalizacja w tamtym przypadku kwestia drugorzędna. To też odczułem w rozmowie z osobami startującymi w wyścigu. To był start dla zabawy, żeby spalić trochę kalorii po tłustym czwartku w przyjaznej i nieco podniosłej atmosferze. Oczywiście ten moment rozprężenia mijał, gdy dany zawodnik czy zawodniczka wsiadali na rower i stopniowo wchodzili na coraz większe obroty.

Ostateczna klasyfikacja wyglądała tak:

Panie:

Magdalena Kuszmider

Katarzyna Radziszewska

Anna Sajnóg

Panowie:

Michał Glanz

Michał Przybysz

Bartosz Latawiec

Czy warto wziąć udział w takiej imprezie? Jasne, tym bardziej, że jest to całkowicie darmowe, a tylko zyskujecie. Dużo zabawy, dobrego humoru oraz wypalonych kalorii. Biorąc pod uwagę, że start w najtańszej imprezie to coś koło 50 złotych to zostaje trochę grosza na jakieś dobre jedzenie. Albo jakąś pierdółkę do roweru.