Końcówka roku to idealny moment na podsumowanie i wyciąganie wniosków. Także dla mnie. 2017 rok był… dziwny. Tak chyba najbardziej trafnie mogę go podsumować. Wiadomo, wydarzyło się mnóstwo dobrego – rozpocząłem współpracę z kilkoma dużymi firmami (co prawda nie finansową J), wziąłem udział w kilku wyścigach, poznałem mnóstwo świetnych i zakręconych kolarsko ludzi. Ale przede wszystkim przyszła na świat moja córeczka, Ida. Ten właśnie dzień, 24 października zdefiniował dla mnie cały ten rok. Pomimo, że do zakończenia 2017 zostało wtedy jeszcze 2 miesiące to dla mnie była swego rodzaju kropka nad i. Moment w którym odwiesiłem rower na wieszak na ścianie i zmieniłem oponę na trenażerową, by w miarę możliwości i dobrego humoru Idy pokręcić 30 minut. Albo 45. Czasem, jeśli jest naprawdę dobry dzień to nawet 1,5 godziny. No dobra, ale jaki był dla mnie ten rok pod względem kolarskim?

Współprace, współprace

Pamiętam jak cieszyłem się, gdy udało mi się na potrzeby testów uzyskać rower Whyte Suffolk. Była to w sumie pierwsza duża współpraca na tym blogu. Siłą rozpędu napisałem do polskiego oddziału Specialized by zapytać o możliwość przetestowania ichniejszego modelu szosy z segmentu endurance, czyli Roubaix. W najnowszej wersji na rok 2017 z przyszłościowym amortyzatorem ukrytym w widelcu. Szczerze mówiąc spodziewałem się odpowiedzi podobnej do tej jakiej otrzymywałem od innych producentów w zeszłym roku, czyli zwiększ swoje zasięgi i wtedy się do nas odezwij. Bo jak pokazuje mi Facebook, w lutym miałem ledwo 600 polubień. Jakie było moje zaskoczenie, gdy szybko nadeszła odpowiedź, że jasne. Użyczą, ale może troszkę później kiedy śnieg stopnieje.

To było dla mnie coś niesamowitego. W końcu uzyskałem coś dużego dla mojego malutkiego, pobocznego projektu. Cieszyłem się jak małe dziecko. A jeszcze bardziej cieszyłem się 6 kwietnia, kiedy w siedzibie Speca montowaliśmy pedały do tego pomarańczowo-czarnego cuda i ustawiliśmy wysokość siodełka. I to jak ten rower niósł mnie przez te wszystkie kilometry, które na nim pokonałem. To było coś wspaniałego.

Ale nie tylko rowerami stał ten rok. To także mój pierwszy bikefitting, który wykonałem dzięki Markowi Stramowi. I jeśli miałbym wybrać to, co całkowicie zmieniło moje kolarskie życie, to byłaby to właśnie ta usługa. Ustalenie poprawnej pozycji i poprawienie wszystkich błędów jakie zaistniały w moim amatorskim wydaniu. Wcześniej kiedy musiałem wsiąść na trenażer to po 15 minutach przeklinałem wszystko dookoła. Teraz po godzinie zaczynam się nudzić, bo nic mi nie przeszkadza poza potem spływającym strumieniami. No i wkładki do butów, które ustabilizowały moje latające i zniszczone kolana. Tego nie potrafię przecenić.

 

Końcówka roku to natomiast, po długiej przerwie, testowanie trenażerów Kinetic. Trenażerów, które całkiem zmieniły moje podejście do tego sprzętu. O tym specjalnie nie będę się rozpisywał, bo test Road Machine jest jeszcze świeży i możecie przeczytać go tutaj, a ten dotyczący Rock&Rolla powstaje równolegle do tego wpisu. Więc już zaraz go przeczytacie.

Koła najlepszym gadżetem

W ramach testów miałem okazję także sprawdzić dwa bardzo fajne zestawy kół oraz wymieniłem swoje Mavic Aksium na Vision Team 35. W sumie dało to fajny przekrój przez dosyć tani aluminiowy zestaw poprzez aluminiowo-karbonowe Rony (bardziej przeznaczone dla triatlonistów niż szosowców) na całkiem wysokiej jakości karbonowych Vinci Rapid kończąc.

Z resztą, gdy patrzę na statystyki bloga to właśnie te wpisy były siłą napędową odwiedzin w tym roku. To pokazuje, jakie wpisy się najczęściej klikają. Płakał ostatnio o tym Hop Cycling. Ale tego należało się spodziewać – ciekawsze dla statystycznego szosowca jest jakie koła może wsadzić do swojego roweru niż gdzie za granicą może na nich jeździć. Jednak taka wyprawa z rowerem na Majorkę czy do Calpe jest już dla nich dużo większym wydatkiem. A gdy musimy dzielić nasze wydatki na rodzinę, opłaty i hobby to rachunek staje się prosty. W szczególności, jeśli na wakacje jeździ się głównie z rodziną.

Podsumowanie wyścigów – całych trzech

W tym roku wziąłem udział w trzech wyścigach. Jasne, jakbym się uparł  to pewnie wrzuciłbym do swojego kalendarza jeszcze kilkanaście, ale miałem inne priorytety. Dziecko w drodze to przede wszystkim jeżdżenie po lekarzach, ciągłe robienie badań i to skutecznie uniemożliwia trenowanie. A jaki jest sens, żeby przyjechać z ostatnią grupką. W szczególności, jeśli jest się facetem w kwiecie wieku i długoletnim stażem zawodniczym. Co prawda w innych sportach, ale kto zwracałby na to uwagę.

Przede wszystkim byłoby to niszczące dla mojej psychiki. Bo kiedy jeszcze ćwiczyłem karate niemal wszystkie turnieje w których brałem udział kończyłem na podium. Kiedy zacząłem ćwiczyć kendo to stosunkowo szybko zacząłem osiągać jakieś drobniejsze sukcesy. Jasne, okupione to było mnóstwem godzin treningowych i ciągłych szkoleń, ale kiedy wiedziałem, że nie mam takiego przygotowania to po prostu nie chciałem się wygłupić.

Velo Toruń był pierwszym wyścigiem szosowym w tym roku. Jeszcze z resztkami kondycji i lekkim przygotowaniem przez zimę ruszyłem żeby się sprawdzić. Przyjazd w połowie stawki, z 20 minutami straty do liderów powinien być dla mnie jakąś nauczką. Niestety mało z niej wyciągnąłem, a raczej nic. W dobrym nastroju ruszyłem z Asią do Bydgoszczy na „górskie” kryterium uliczne i wypruwając sobie żyły dojechałem na końcu stawki. No cóż, takie życie. I tak to jest, gdy nie zwraca się uwagi na swoją wagę oraz ilość czasu spędzoną na rowerze. Jasne, w tekście napisanym zaraz po wyścigu byłem całkiem zadowolony, ale teraz gdy na to patrzę z perspektywy czasu to nie wiem z czego miałbym być zadowolony.

Na zakończenie były Mistrzostwa Amatorów. To już była kompletna porażka. Ale to już z wielu powodów. Ale mimo wszystko wyszło lepiej niż Bydgoszcz Cycling Challenge. Gdyby tylko nie to lądowanie w rowie. Ale cóż, pewnych rzeczy się już nie zmieni i pozostaje tylko mieć w planach na ten rok, żeby tego nie powtórzyć.

Objazdy czwartkowe ze Specialized

Ale tym, co całkowicie zdefiniowało dla mnie – pod względem kolarskim – ten rok były objazdy czwartkowe organizowane przez Specialized Polska. Poczynając od, jeśli mnie pamięć nie myli, połowy czerwca aż do końca sierpnia organizowali oni wspólne jazdy po mekce warszawskiego kolarstwa czyli gassach. Aczkolwiek, jak dla mnie Białołęka i rejony Zegrza są dużo ciekawszymi okolicami do uprawiania kolarstwa niż okolice Wilanowa. Ale cóż, to wybór większości.

Ale odbiegam od sensu tego akapitu. Objazdy czwartkowe, tak jak pisałem wyżej, zdefiniowały dla mnie kolarstwo w tym roku. Dzięki nim odkryłem na nowo przyjemność z jazdy z dużą grupą, nawet pomimo tego, że na początku było ciężko. Bo wiecie, zawsze na początku mówiło się, że jedziemy lekko. I faktycznie, chwilę jechaliśmy lekko. Potem nagle ktoś na początku grupy, wychodząc na zmianę, zaczynał dyktować trochę wyższe tempo. Następna zmiana i kolejne podkręcenie tempa. Dla kogoś takiego jak ja, kto w 2017 dawał sobie trochę luzu i zrezygnował z intensywnych treningów, było to często tempo zajazdowe. Ale po dwóch tygodniach zaczęła wracać chęć do ognia w łydkach. I wtedy te objazdy czwartkowe, z ciężkich treningów zmieniły się w naprawdę przyjemne jazdy z kumplami dzielącymi tę samą pasję. Było po prostu bardzo fajnie. Tak fajnie, że mam nadzieję, że i w nowym roku będziemy mogli spotykać się w tej samej grupie.

Koniec roku końcem ciąży współczującej

I tak docieramy do zakończenia tego podsumowania. Tak jak pisałem na samym początku, ten rok niejako skończył się dla mnie w październiku. Aczkolwiek, patrząc za okno wiem, że i teraz mógłbym spokojnie założyć parę warstw ubrania i pojeździć trochę na zewnątrz. Bo siedząc z Idą na kanapie i bawiąc się z nią Panem Krokodylkiem widzę przez drzwi balkonowe przejeżdżające grupki znajomych kolarzy zmierzających w kierunku Zegrza. To nie tak daleko, tylko dwadzieściaparę kilometrów. Ale trochę zmieniły mi się ostatnio priorytety.

No kradnie po prostu serce

Wieczorami, gdy dziecko już śpi, a Asia zajmuje się szyciem czy czytaniem książki (lub po prostu odpoczywa) ja wskakuję na trenażer. I trenuję. Już nie kręcę bez sensu nogami – jest plan i jest fajny sprzęt, który niestety niedługo odjedzie już w inne miejsce. Ale wciąż będzie kontynuowany, po prostu na innym, trochę mniej bajeranckim i zaawansowanym trenażerze niż Rock&Roll. Sukcesem jest dla mnie to, że udało mi się już wrócić do wagi sprzed ciąży Asi. Zrzuciłem 4 kilogramy w ciągu dwóch miesięcy więc jest nieźle. Teraz tylko kontynuować ten trend i w 2018 zejdę do swojej starej wagi zawodniczej, którą przez te wszystkie lata utrzymywałem w karate, żeby pasować do niższej kategorii wagowej.

A jak to było z kilometrażem? 4051,5 kilometra przebyte i 7561 metrów pokonanych w górę. Szału nie ma, ale jak już wielokrotnie pisałem – to nie był rok, w którym jeździłem dużo. Postawiłem sobie inne cele – szczerze mówiąc od momentu kiedy potwierdziliśmy, że Asia jest w ciąży założyłem sobie 3 tysiące do zrobienia. To, że dołożyłem dodatkowy tysiąc uważam za oddzielny sukces. Ale na szczęście liczy się też jakość tych kilometrów. A muszę przyznać, że pod względem jakości to sporo dobrych kilometrów dzięki objazdom czwartkowym weszło.

Podsumowanie jednym zdaniem? Był to zakręcony i fajny rok.

Mam nadzieję, że Wam udało się przejechać dużo więcej ode mnie.