Kinetic Road Machine Smart został udostępniony do testów przez polskiego przedstawiciela.

Zima to dla mnie okres bez wychodzenia na rower. Nie lubię ubierać się półgodziny, żeby pojeździć godzinę i potem chorować przez tydzień. Bo jak znam siebie, swoje życie i przyglądając się dotychczasowej swojej historii, tak właśnie by się to skończyło. Dlatego wraz ze zmianą czasu na zimowy zdejmuję z tylnego koła oponę do warunków zewnętrznych i montuję już sprawdzoną w bojach Vittorię przeznaczoną dla trenażera. Do celów treningowych zaprzęgam już nieco wysłużonego Tacxa, na laptopie wybieram jakiś film i kręcę niczym chomik w swoim kołowrotku. Kręcę w oparciu o dane przekazywane mi przez Mio, czyli kadencję i puls. Do tej pory brakowało do pełni szczęścia (i pełni świadomego treningu) pokazania ile watów generuje ten przerośnięty chomik o zdecydowanie za małej ilości futra. Na szczęście, dzięki uprzejmości polskiego przedstawicielstwa firmy Kinetic, do testów otrzymałem inteligentny trenażer Kinetic Road Machine. Z podtytułem Smart. O bardzo bojowo brzmiącej nazwie T2700. Niemal niczym oznaczenie terminatora.

Powiedzmy sobie szczerze

I to tak od razu, że jeśli myślisz przede wszystkim o Zwiftcie to cóż… szału nie będzie. Bo siła tego trenażera drzemie zupełnie gdzie indziej. I tą siłą zjada wszelkiego rodzaju Tacxy, Elity czy inne trenażery w przedziale cenowym Roadmachine na śniadanie. Bo spokojnie możecie znaleźć Kinetic za równowartość 1500 sztuk złota polskiego umieszczonego na koncie sklepu, z którego postanowicie go kupić.

Czym jest ta “ukryta przewaga”? O tym za chwilę, bo zaczniemy trochę bardziej tradycyjnie. A mianowicie od budowy sprzętu. Road Machine występuje w dwóch wersjach – klasycznej oraz smart, która od samego początku ma już wbudowane – czy raczej przyklejone – urządzenie do pomiaru mocy. Potężnie zielone urządzenie, przywodzące mi na myśl wszelkiego rodzaju rowery Canondale’a, ma dosyć klasyczną budowę opartą o dwie nożne podpórki, koło zamachowe, rolkę i zbiornik z płynem. Nic niezwykłego, czego nie widziałem w innych trenażerach. Dodatkowo na rolce zamontowany jest magnes, będący jednocześnie częścią miernika mocy jak i pomiaru prędkości. Podejrzewam, że przy zakupie nowego trenażera będziecie musieli chwilkę posiedzieć nad montażem całego osprzętu do pomiaru mocy i tego Wam zazdroszczę. Lubię grzebać w takich rzeczach, a że sprzęt dotarł do mnie już przygotowany do treningu to ominęła mnie ta przyjemność.

Okej, ale czemu nie do Zwifta?

Siła Zwifta, to pełna integracja ze sprzętem i symulacja wszelkich przewyższeń jakie spotykają nas na trasie. Tego w Roadmachine Smart nie uświadczymy. Bardzo możliwe, że przez brak modułu Ant+. Bo żeby korzystać ze Zwifta musimy zamienić swój telefon, za pośrednictwem specjalnej apki, w router dla trenażera. Dopiero wtedy będziemy mogli korzystać z tej “gry”. Owszem, moc będzie bardzo dobrze przekazywało, kadencję też całkiem odpowiednio, ale prędkość będzie wyliczana bezpośrednio w grze w oparciu o naszą wagę, nachylenie terenu, moc i chyba kadencję. Chociaż tej kadencji to nie jestem tak do końca pewien.

Ale cały problem rozchodzi się właśnie o tę symulację wrażeń z jazdy. Bo co z tego, że bez problemu podjeżdżasz pod najwyższe wzniesienia, skoro gra i tak zaniża Twoje osiągi? Dlatego ze Zwifta, pomimo kilku prób przełamania i zaprzyjaźnienia się z nim, zrezygnowałem. Po prostu nie jest to na moje nerwy.

Parę danych technicznych

Dobra, to zanim przejdziemy bezpośrednio do tego jak trenuje się na tym urządzeniu to przejdźmy przez parametry techniczne. Wypadałoby, bo jest o czym pisać.

Sercem trenażera jest, jak w każdym przypadku, mechanizm oporowy. W tym wypadku oparty o ciecz. Dzięki temu nasz cykl pedałowania jest naprawdę – uwaga teraz będzie żarcik oparty o skojarzenia – płynny. Okej, to pośmialiśmy się (a na pewno ja się pośmiałem, bo wiecie, kiedy mózg jest zmęczony i niewyspany to takie głupie żarty są zabawne). Koło zamachowe jest naprawdę spore – to 7kg masy, co w zestawieniu z moim prywatnym tacxem jest ogromną różnicą. W blue twiście mam 1,3 kg, które może mi stawić opór 700w przez 10 sekund. Kiedy wezmę pod uwagę, że moja średnia z 10 sekund to 735 watów, to cóż, nie wygląda to dobrze dla mojego treningu.Na Kineticu takie zestawienie nie robi wrażenia. Podejrzewam, że nawet jakbym mógł utrzymać waty Petera Sagana, to mechanizm co najwyżej by cichutko zapłakał, ale dalej posłusznie wykonał swoją pracę.

Tak jak pisałem na początku,

brakuje w Road Machinie modułu ant+. Ale jak dla mnie ten system mógłby spokojnie umrzeć – bo nie wiem czy wiecie, ale w sumie żyje on dalej tylko w kolarstwie, przez co skutecznie wstrzymuje on rozwój sprzętu. Bo jakby każdy czujnik był kompatybilny z bluetoothem to znacznie ułatwiło by nam życie. Wyobraź sobie świat, gdzie by wyjść pobiegać nie musisz sprawdzać który pas na pierś jest kompatybilny z Twoim telefonem. Jasne, użytkownicy telefonów Sony (w każdym razie jeszcze do niedawna) mieli w swoich smartfonach ten moduł. Ale kto normalny wybiera telefon tylko dlatego, bo może mu działać z kilkoma czujnikami? No dobra, są osoby całkiem normalne przerabiające stare Xperie X8 (mój pierwszy smartfon!) na całkiem sensowne komputery rowerowe, ale to taka trochę sztuka dla sztuki. Tańsza od Garmina Edge 1030, ale jeśli jeździsz po bułki albo sam dla siebie, to nie potrzebujesz Garmina, czujników kadencji/pulsu/mocy i innego kosmicznego ustrojstwa.

Co wsadzisz do Kinetic Road Machine

Trenażer jest naprawdę stabilny, nawet przy intensywnych sprinterskich interwałach, gdzie osiągam 800 czy też prawie 900 watów rower sztywno siedzi pode mną i nie grozi mi utrata równowagi. Szanuję to, bo przy dużo mniejszych watach na Tacxie nie raz miałem uczucie, że zaraz cała konstrukcja może runąć, a ja wraz z nią. Przy pomocy odpowiedniego adaptera zamontujesz rowery ze sztywną osią, więc nawet w przypadku rowerów górskich dasz radę odpowiednio poćwiczyć.  I to naprawdę porządnie poćwiczyć.

Ciekawe jest to, że jak wiele rowerów zmieści się w Kinetic Road Machine – powiedzmy, że najpierw chcesz poćwiczyć na swojej szosie, a potem ustawić odpowiednią pozycję na rowerze do XC z kołem 26 cali. Parę ruchów pokrętłem i et voila. Już możesz to zrobić. A co jeśli Twoje dziecko chce sobie potem zrobić parę ćwiczeń na kadencję? Nie powinno być z tym problemu, oczywiście jeśli tylko jeździ już na kole o  średnicy 22 cali. Ogólnie – i najprościej mówiąc – wsadzisz w ten trenażer każdy rower z kołem z minimalną średnicą 22 cali, a maksymalną 29 cali. Czyli praktycznie każdy, na którym można się już ścigać.

Trening z aplikacją

Nad sensem jazdy na Zwifcie przy pomocy tego trenażera już się rozpisałem. Ale wiecie, gdzie on naprawdę błyszczy? Błyszczy tak jasno, że wszelkie jego wady (których też za dużo nie ma) bledną? W swojej własnej, dedykowanej aplikacji. Używałem jej przede wszystkim na iPhonie 6s, czyli najłatwiejszym w użytkowaniu smartfonie na ziemi, ale przez chwilę sprawdzałem ją też na Huawei P9 i drobne różnice są. Tylko w wyglądzie menu, na produkcie z nadgryzionym jabłkiem wydaje mi się troszkę bardziej przejrzysta i przystępna. Jeśli natomiast chodzi o funkcjonalność to obydwie wersje oferują dokładnie to samo.

To co się znajdzie w aplikacji? Zaczynając od podstawy czyli sparowania telefonu z trenażerem, przez pojedyncze treningi na całym cyklu przygotowawczym kończąc. Oczywiście, w samej aplikacji możemy także wykonać test FTP, chociaż to akurat, jak dla mnie, lepiej jest zrobić w Zwift. Troszkę mniej monotonne i ma się większy ekran do oglądania.

Dobra, ale załóżmy, że mamy już za sobą ustalenie swojego FTP

Aplikacja sama wyliczy nam poszczególne strefy naszej mocy (którą wpiszemy w naszym profilu) i w oparciu o te wyliczenia rozplanuje nam cały trening. Sesji treningowych mamy do wyboru 217, podzielonych na zadania jakie chcemy wykonać. Możemy wykonać jazdę regeneracyjną, wytrzymałościową, o średniej intensywności, na progu mleczanowym, VO2, anaerobowym i ostatecznie na wzmocnienie mięśni. Oddzielną kategorią jest sufferest mający po prostu nas zniszczyć i zbudować na nowo.

Wierzcie mi, że te sesje treningowe potrafią dać w kość. Na początku myślałem, że częściej będę siedział na Zwifcie niż aplikacji Kinetic, a ostatecznie to z nią zostałem na dłużej. Głównie dlatego, że dała mi dużo lepszy podgląd na poszczególne parametry treningu i mogłem dużo świadomiej ćwiczyć. A tego niestety Zwift mi nie mógł dać. Jedyny minus? W przeciwieństwie do Zwifta, po odbyciu dziesięciominutowej rozgrzewki musimy odbyć kalibrację sprzętu. Nie jest trudna, bo wystarczy rozpędzić się do 34 km/h i przestać pedałować. Jeśli uzyskamy zły wynik musimy zejść z roweru i poprawić docisk rolki. Potem znowu wskakujemy na rower i powtarzamy całą operację. Jeśli znowu nie trafimy z dociskiem to powtarzamy. I tak w kółko, aż nie będzie idealnie. Potrafi to skutecznie wybić z rytmu. Z drugiej strony, dzięki temu mamy dużo lepszej jakości wyniki.

Słowem podsumowania

Dużo już słów tutaj napisałem, a mógłbym napisać ich jeszcze z dwa czy trzy razy więcej. Ale byłoby to tylko lanie wody. Jak mógłbym opisać ten trenażer w jednym zdaniu? Świetny sprzęt dla średnio zaawansowanych kolarzy, chcących stać się zaawansowanymi sportowcami. Przy okazji spalając trochę kalorii i uzyskując wiedzę na temat tego, jak pracować żeby ze środka peletonu przyjechać z ucieczką, lub wygrać ten ostatni sprint. Czy wydałbym na niego swoje pieniądze? Jeszcze wczoraj powiedziałbym, że tak. Niestety, trafił do mnie wyższy model trenażerów Kinetic, mianowicie Rock&Roll, i całkowicie zmienił moje spojrzenie na trenażery. Jasne, jest o 1000 zł droższy od Road Machine, ale za to się giba. Ale o tym w następnym wpisie.