Veni, Vidi, Vinci miał na początku powiedzieć Juliusz Cezar po pierwszej w historii wygranej w Giro D’Italia, czy raczej Giro D’Roma. To tylko dobitnie pokazuje, jak wielkie przywiązanie mieli Rzymianie do wzniosłych słów. Na przestrzeni lat te słowa trochę wyblakły i przyjęły formę obecnie znanego “Veni, Vidi, Vici”, które nie zostały wypowiedziane po wyścigu kolarskim, a wygranej bitwie pod Zelą, gdzie zwyciężył króla Pontu, Farnakesa II. Dzięki uprzejmości firmy Vinci miałem przez 3 tygodnie przyjemność jeździć na, w teorii, najniższym modelu ich karbonowych kół przygotowanych pod szytkę. Vinci Rapid to doskonałe uosobienie słów Juliusza Cezara – przybyłem, zobaczyłem i zwyciężyłem. To idealne rozwiązanie dla amatora szukającego swojego pierwszego zestawu karbonowych kół, które mają zachęcić go do pracy nad sobą. By w miarę rozwoju swoich umiejętności oraz poprawy formy wyciągać z nich jeszcze więcej. I to za w miarę przystępną, jak na karbon i bardzo dobre wzornictwo, cenę.

Vinci Rapid

Zaglądając na stronę (swoją drogą, jestem pod wrażeniem jak bardzo szata graficzna kół pokrywa się ze stylistyką strony. Uwielbiam takie detale) szybko zorientujemy się, że seria Rapid jest najtańszą oraz najniższą serią kół, które proponuje nam producent. Wyższym modelem są SL-ki, a model flagowy to Tore.

Ale skoro do testów otrzymałem Rapidy to skupmy się na nich. A w przyszłości, jeśli Vinci zdecyduje się na kolejne testy ze mną, przejdziemy do innych modeli 😉 Seria Rapid to 4 wysokości stożka dostosowane zarówno do szytek jak i pod dętkę. I jest to zdecydowanie najbardziej korzystne cenowo rozwiązanie dla amatora. Najdroższy zestaw o stożku 88 mm będzie kosztował nas 4 270 zł. Ale piasty będą już zaopatrzone w ceramiczne łożyska, a obręcze będą gotowe do naklejenia szytek. Dla porównania, jeśli zdecydowalibyśmy się na taką samą konfigurację w przypadku Tore kosztowałby nas 6 440 zł. Trochę ponad 2 tysiące więcej.

Szczerze mówiąc, jako amator, który ściga się dla przyjemności, a nie po to, żeby wygrywać wyścigi to dopłacanie tych dwóch tysięcy jest ponad moje możliwości. Szczerze mówiąc to te pieniądze przeznaczyłbym na miernik mocy. Czy jakiś wyjazd. Tak jestem nudny z tymi wyliczeniami, że niektóre pieniądze lepiej zostawić sobie na wyjazd (niekoniecznie z rowerem, ale koniecznie z rodziną) lub na miernik mocy. Po prostu, w przypadku kiedy “bawimy” się w kolarstwo to, według mnie, wydatki od pewnego poziomu po prostu nic nam nie dają. No, chyba, że chcemy być tym człowiekiem, który na wyścigu o złote kalesony jest pierwszym na linii mety. Wtedy wszystko rozumiem.

Wiadomo, że różnica w przypadku jazdy na topowych kołach, a ich budżetowych odpowiednikach potrafi być znaczna. Tak też mogę założyć się, że jest w przypadku porównywania Rapidów do Tore. Waga jest odpowiednio niższa, sztywność odpowiednio wyższa. Ale o tym, mam nadzieję, przekonam się może na wiosnę. Jeśli Vinci zgodzi się jeszcze udostępnić mi swoje koła 😉

Ale przejdźmy już do tekstu właściwego czyli

Jak jeździ się na karbonowych kołach nie od najbardziej znanego producenta

No bo nie oszukujmy się. Na polskim rynku Vinci, które pomimo bardzo wysokiej jakości, w świadomości polskich kolarzy amatorów przegrywa z No Limited. I całkiem niesłusznie.

Co zabawne, Vinci jest tak pewne swojego produktu, że nie wysłało mi świeżutkiego, zdjętego prosto z centrownicy zestawu. Komplet Rapidów o stożku 40 milimetrów, które dostałem na blisko 3 tygodnie, przejechał już prawie 12 tysięcy kilometrów. We wszelkich warunkach pogodowych, z resztą sam ich specjalnie nie oszczędzałem. Otrzymałem je także z używanymi szytkami Vittoria Pave w jedynym słusznym dla mnie rozmiarze (25 mm). Szytki miały już za sobą około 4 tysięcy kilometrów.

Tych tysięcy kilometrów nie było czuć w absolutnie żadnym momencie. Były sztywne, momentalnie reagowały na moc przenoszoną z korb. Dodatkowe plusy zdobywają zdecydowanie za minimalistyczny design, bardzo elegancki i pasujący do każdego roweru. Biel z czernią to takie uniwersalne połączenie, a w połączeniu z typowym dla Vinci zielonym (minimalny detal) dodaje uczucia obcowania z bardzo drogim zestawem kół. Dla mnie – klasa światowa. Zdecydowanie ładniejsze od Fast Forwardów czy Dura-Ace. Równie ładne co, będące dla mnie wyznacznikiem w kwestiach wyglądu, Vision Metron. Ale wiadomo, że wygląd to kwestia gustu i nie każdemu może on tak przypasować jak mi.

Natomiast in minus

Zaliczyłbym dźwięk bębenka. Lubię mocny, zdecydowany i głośny dźwięk wydobywający się z tylnego koła puszczonego luzem. Wiem, że są osoby, które za tym nie przepadają i dla nich delikatne szeptanie “ter-ter-ter” będzie wybawieniem. Jednak dla mnie, to było trochę za mało. Już nawet moje aluminiowe Visiony, nie kosztujące nawet połowy tego, co Rapidy są dużo głośniejsze. Pomimo także połowy dystansu jaki przejechały w porównaniu do Vinci.

Jak znam życie to pewnie sprawę załatwiłoby zdjęcie bębenka i usunięcie nadmiaru smaru, ale magikiem serwisowym nie jestem i wolałbym się w to nie bawić. Nawet jeśli byłyby to moje koła.

Vinci bębenek
Bębenek po jakichś 12 tysiącach kilometrów. Są lekkie nacięcia od kasety, ale nie jest źle.

Pokochaj prędkość, zapomnij o wietrze

Wraz z coraz wyższą wysokością stożka koła stają się bardziej niestabilne w silnym wietrze. Prawda czy fałsz?

Jeśli odpowiedziałeś, że fałsz to mam dla Ciebie smutną wiadomość – przegrałeś. Na szczęście nie graliśmy o żadną nagrodę. Ale tak, nawet w przypadku współczesnych obręczy, gdzie stożek jest troszkę zaokrąglony na górze i bliżej mu do kształtu litery “U”, im wyższa jego wysokość tym bardziej rower robi się niestabilny w trakcie jazdy w silnym wietrze. Dlatego, jak dla mnie, najlepsza wysokość obręczy to od 40 do 50 milimetrów. Wszystko powyżej tego, jest jak dla mnie kuszeniem losu, w szczególności jeśli używamy takich kół podczas jazdy po ruchliwych ulicach.Tak miałem w przypadku kiedy jeździłem na Ronach i wielokrotnie rezygnowałem z nich w drodze do pracy, jeśli wiatr przekraczał pewną prędkość.

Dlatego jeśli szukasz czegoś uniwersalnego zapewniającego dobre korzyści aero w stosunku do stabilności na wietrze to wybrałbym 40 mm. Na moje szczęście, wrzesień był wyjątkowo wietrznym miesiącem, więc mogłem przetestować Rapidy w dosyć ciekawych warunkach pogodowych. I nawet w przypadku wiatru bocznego, pomimo lekkich zawirowań na kołach, ani razu nie poczułem się zagrożony upadkiem. Przewidywalność to zdecydowanie ich zaleta.

To infinity and beyond

Te koła dostarczają także, poza walorami estetycznymi rzecz jasna, także ogromne pokłady radości z jazdy. Zrzucenie blisko pół kilograma z samych kół potrafi być zbawienne i nagle czujemy się władcami szosy i zdobywcami lokalnych segmentów na Stravie. Zarówno tych sprinterskich, jak i typowo górskich. Hopki? Ha, wszystkie będą Wasze. O ile rzecz jasna, już macie całkiem nieźle wyrobioną nogę.

Bo wiecie, wszystko ładnie fajnie i mając koła na ceramice z karbonowym stożkiem i innymi technologiami z kosmosu, to i tak Nec Hercules contra plures. Więc parafrazując i koła nic nie dadzą jak noga dupa. Bo zauważyłem ostatnio taką tendencję, że wolimy kupić lepszy sprzęt niż wziąć się za siebie. To jest świetne podejście – dzięki temu napędzamy gospodarkę. Im wyższy popyt na jakiś produkt tym większe prawdopodobieństwo, że on w końcu stanieje. Ale śmiesznie wygląda, kiedy facet na karbonowym Duraczu jest objeżdżany przez zapaleńca na podstawowej szosie z clarisem.

Nie zrozumcie mnie źle. Te koła dadzą Wam w ogólnym rozrachunku te kilka kilometrów na godzinę więcej. Ale prawdziwą przyjemność z ich użytkowania osiągniecie, kiedy razem z ich zakupem w górę pójdzie Wasza forma. Wiem, że na przyszły sezon z radością je kupię jako ulepszenie do swojego roweru. Ale na tę chwilę byłaby to dla mnie tylko zwykła zachcianka. Niczym nie umotywowana, nie poprawiająca nagle moich osiągów. A na pewno na tę chwilę trochę nierozsądna, bo

Zapomnij o hamowaniu

Lubisz to uczucie, że zatrzymujesz się dokładnie w tym miejscu, które sobie zaplanowałeś? Ja też. Dlatego, kiedy decydujesz się na koła w pełni karbonowe, bez aluminiowej powierzchni hamowania to miej pewność, że umiesz dobrze hamować.

Vinci Rapid są wyposażone w bazaltową powierzchnię hamowania. To już w sumie standard, który poprawia

  • efektywność hamowania
  • żywotność obręczy

To pierwsze jest oczywiste. Bo lepiej zahamować – powiedzmy – na odcinku 30 metrów niż 60. O hamowaniu w trakcie deszczu nie będę już wcale mówił. Wtedy tylko hydraulika z tarczami. Owszem, Rapidy dzięki bazaltowej powierzchni radzą sobie całkiem nieźle nawet w mokrych warunkach, ale pewnych rzeczy nie przeskoczysz i zawsze ucierpi na tym jakość w wytracaniu prędkości. Klocki do karbonu dostarczane wraz z nowym zestawem należą do naprawdę niezłych, według mnie nawet równie dobrych co Swiss Stopy, na których miałem okazję trochę jeździć.

Drugą istotną sprawą jest żywotność samej obręczy. Po 12 tysiącach i kilkuset dodanych przeze mnie nie zauważyłem znacznych uszczerbków w samej ich strukturze, co tylko o nich dobrze świadczy. Na pewno nie jest to produkt na tylko jeden sezon. Tym bardziej, jeśli w ciągu roku przejeżdżasz około 5 tysięcy. A jeśli przeznaczysz ten zestaw tylko na wyścigi? Panie, wtedy to na lata Ci tego starczy i będziesz miał już po uszy patrzenia na nie. O ile wcześniej ich nie sprzedasz i nie kupisz nowego, lepszego kompletu.

Kobiet o wagę się nie pyta

Na szczęście koło to nie kobieta, więc można bez strachu wrzucić na wagę i sprawdzić jak się prezentują. I prezentują się naprawdę zacnie – przód (z naklejoną szytką) to 875 gramów, tył 1040. Naprawdę ładnie. A na pewno można by jeszcze ten wynik zbić naklejając lżejsze szytki.

Jeszcze w kwestii ich wytrzymałości. Nie jestem najlżejszym możliwym kolarzem. Ba, myślę, że łapię się ledwo w granicę dopuszczalnej wagi, której nie uznajemy za nadwagę u szosowca 😉 Więc Rapidy nie miały ze mną łatwego życia, w szczególności, gdy po raz kolejny zawierzyłem Mio i użyłem wspaniałej opcji “zaskocz mnie”. Przeciągnęło mnie po kocich łbach jak jeszcze nigdy. Istne warszawskie Roubaix. W takich momentach zawsze pluję sobie w brodę, że taki stary, tyle razy już się zawiodłem na wyszukiwaniu trasy przez Mio, a dalej mu głupio wierzę.

Ale! Ale! Dzięki temu miałem okazję przeciągnąć koła w trochę mniej przyjemnych warunkach niż gładka szosa w okolicach Serocka, Białołęki czy Wilanowa. I nawet jadąc po bruku w żadnym momencie nie ma się uczucia, że koła pękną pod nami. Nie powiedziałbym, że dobrze tłumią nierówności, ale na pewno jedzie się na nich przyjemniej niż na aluminiowych Vision Team 35.

Są też całkiem sztywne. Wraz z nowym zestawem dostajemy wykres naprężenia dla każdej ze szprych, więc w dobrym serwisie mamy możliwość powrotu do ustawień początkowych naszych karbonowych cudeniek. I mamy pewność, że zawsze wiemy jak je naprawić. Sztywność zapewnia także ukierunkowane nawiercanie obręczy. Co to oznacza? Że szprycha z nypla idzie idealnie prosto do piasty.

Szytka?

Parę oddzielnych słów należy poświęcić szytkom z jakimi dostałem koła do testów. Vittoria słynie z bardzo dobrych produktów, wiele światowej klasy zespołów na nich jeździ. Ale, jak dla mnie Pave nie do końca nadawały się do takich kół. Miałem uczucie jakby za mocno kleiły się do podłoża, przez co nieco ograniczały dynamikę i przyśpieszenie Rapidów.

Taka szytka jest idealna do jazdy codziennej (ej, ale kto na co dzień jeździ na szytkach?), może treningowej, ale jak dla mnie średnio nadawałyby się do ścigania. Osobiście wybrałbym oponę z lateksowymi dętkami jeśli miałbym się ścigać i walczyć o każdy gram. Chyba coś pokroju obecnie używanych przeze mnie Continentali GPII 4000s lub może Sprinter.

Kupować czy nie?

Ja bym kupował. Ba, powoli zaczynam sobie odkładać kasę na przyszły rok, żeby je kupić. Może niekoniecznie w wersji pod szytkę, ale na pewno pod oponkę. Przekonuje mnie ich stylistyka, sztywność, minimalistyczna elegancja. A przede wszystkim przekonuje mnie polityka producenta, zapewniająca pomoc w razie zniszczenia kół w wypadku lub innym przypadku. Bo nie sztuką jest wziąć pieniądze i zapomnieć o kliencie, a sztuką jest dbać i wspierać go na każdym etapie eksploatacji kół. O tym często zapominamy w biznesie, a to bardzo niedobrze.