Okres wakacyjny to wspaniały czas w każdym roku. Dwa miesiące przypadające na ten okres z reguły są ciepłe i słoneczne, doskonale nadające się na wyjazdy. W tym roku pomysłów wakacyjnych było dużo – pojechać na rozpoczęcie Tour de France do Niemiec. Pojechać na zakończenie Tour de France do Paryża. Życie trochę te plany zweryfikowało i nadchodzące dziecko nie zachęcało do długich zagranicznych wojaży. Także padło na Mazury. Tydzień na Mazurach zawsze jest dobrym pomysłem – jeziora, dużo podjazdów (czy jak pod jednym zdjęciem na fanpage’u doszliśmy kompromisów – hopek) i lasów. Akurat to ostatnie średnio nadawało się do jazdy szosówką, ale jazda mając drzewa po obydwu stronach szosy jest dużo przyjemniejsza niż mając za otoczenie betonowe trumny czy panele dźwiękoszczelne.

Chcesz uciec z miasta – wybierz Mazury

Z resztą wyjazd przypadł nam z Asią na bardzo dobry moment. W Warszawie atmosfera pomiędzy rowerzystami a kierowcami zaczęła bardzo gęstnieć i spokojnie można było ją kroić nożem. Wszystko za sprawą grupki kilkudziesięciu kolarzy, którzy są bardziej pro niż prosi i po ścieżce rowerowej nawet 50 metrów nie mogą przejechać. No, ale trening musi zostać odbyty. Nawet w mieście, gdzie – według mnie – sensownego treningu nie da się zrobić.

Także, Spec poleciał na dach, zapas ciuchów rowerowych na tydzień do torby, izotoniki i inne pierdoły także, więc można było jechać na upragniony urlop. Tydzień odpoczynku od Internetu, maili i innych takich wspaniałych wynalazków. Co prawda Netflix wieczorem był, ale Defenders sami się nie obejrzą. Ale jeśli zastanawiacie się jak ogląda się cokolwiek na 3G z dwiema kreskami zasięgu to Wam powiem, że ogląda się długo. Ale cóż, chcieliśmy odpoczynku od cywilizacji to mamy.

Jeśli planujecie urlop z elementami kolarskimi to Zielony Lasek  niedaleko Ruciane-Nida jest miejscem idealnym. W szczególności dla ludzi z płaskiego Mazowsza. Bo ile przewyższenia można zrobić robiąc typowe 100 km na Mazowszu? 40m? 50? No jeśli zaczynamy jeździć agrykolę w kółko to trochę więcej. Ale ciągłe podjazdy i zjazdy w tym samym otoczeniu to jak dla mnie prosta droga do szaleństwa i zamknięcia w domu dla obłąkanych. A szczerze mówiąc nie widzi mi się to w tak młodym wieku, chociaż przyznam że poznanie paru osób z kart historii mogłoby być niezapomnianym przeżyciem.

Hopki. Hopki everywhere

Ale nie o tym miało być. Spędziłem w Zielonym Lasku tydzień. Jeden z najmilszych moich urlopów w ostatnich latach. Praktycznie bez ludzi, spokojnie, bez zgiełku. Z niesamowitymi śniadaniami oraz – w dużej mierze – bardzo dobrymi obiadokolacjami w okolicznych restauracjach. Bo przecież jadąc na wypoczynek nie jedziesz tylko po to, żeby trzepać kilometry od rana do wieczora. Okej, są takie harpagany, ale ja do nich nie należę. Wolę wyjść po śniadaniu na dwie godziny, zrobić kilkadziesiąt kilometrów, podjechać parę hopek i na paru zjazdach dokręcić do 70 km/h. Taki urlop z elementami kolarskimi.

Więc jeśli chcesz pojeździć po Mazurach to co Cię czeka? Dużo hopek. Bardzo dużo. Jeśli całe życie jeździłeś po Mazowszu to poczujesz się jak w górach. Jeśli jeździsz dużo po górach to poczujesz się jak na Mazowszu. A jeśli jeździsz dużo w pagórkowatym to… no cóż, że nie ruszyłeś się za bardzo z domu.

Another world

Ogólnie odniosłem wrażenie, że Mazury to troszkę inny świat. Zupełnie inny od warszawskiego Wilanowa czy Białołęki, dwóch najczęściej objeżdżanych przeze mnie miejscówek jeśli chodzi o kolarską mapę stolicy. Przez cały tydzień spędzony w okolicach Rucianego spotkałem jednego, powtarzam – jednego, człowieka na szosie. I to nie kogoś, dla kogo liczy się tylko trening, KOMy, waty na kilogramy, godziny w siodle, kilometry w tysiące idące. Po prostu jadącego i chłonącego otaczający go las. Spokojnie pokonującego podjazd w kierunku Piecek.

Tutaj podobno znajdują się rysie. Niestety żadnego nie spotkałem.

Kiedy ostatni raz tak jechaliście? Że nie interesował Was czas w jakim pokonaliście segment, ile metrów przewyższenia zrobiliście czy po jakim nachyleniu aktualnie jedziecie? No właśnie. Zapominamy o tym coraz częściej, tracąc podstawową radość z kolarstwa. Poczucie wolności. Zaczynają nas ograniczać Garminy, karbony czy ciuchy, które nie są aero i nie kosztują milionów monet. Ograniczać nie w zakresie naszych możliwości, lecz gorzej – ograniczają nasze poczucie wolności na rzecz wyimaginowanego bycia pro. Bo trzeba odbyć trening. Bo trzeba zdobyc KOMa na lokalnym segmencie sprinterskim. Bo karbon pozwoli zaoszczędzić 4 waty przy 40 km/h, które osiągniemy tylko z wiatrem plecy.

Zakochaj się w lesie

No, ale koniec tej smutnej rzeczywistości. Wróćmy do romantycznego odczuwania kolarstwa, o którym w którymś z ostatnich numerów “Szosy” pisał pan Adam Probosz w swoim felietonie. Godziny, które spędziłem między innymi jadąc podjazdem do Piecek na zawsze będą kojarzyły mi się z zapachem lasu po deszczu, szumiących liści poruszanych delikatnym wiatrem. Tak, Mazury mają swój urok. Wyobraź to sobie – jedziesz prostą drogą, z pomiędzy szczelin w liściach przebijają się promienie słoneczne. Patrzysz w prawo i widzisz jezioro. Na lewo masz zjazd do lasu. Którego niestety nie dasz rady “odhaczyć” ze swojej listy, bo Twoje opony szosowe Ci na to nie pozwolą. I wtedy nachodzi Cię myśl

Właśnie – gravel. Wydaje mi się, że nie zabierając ze sobą czegoś, co pozwalałoby jeździć po lasach można sobie naprawdę mocno strzelić w kolano. W szczególności, jeśli myśli się o turystyce rowerowej.

Przyczajona osobówka, ukryty TIR

Mazury to też, o zgrozo, dramat każdego „kolarza” z popularnych grup Facebookowych. Gdzie każdy kierowca to ukryty morderca, a TIRy tylko czekają, żeby przejechać tak blisko, żeby zgarnąć Cię podmuchem i wysłać na niespodziewane spotkanie z rowem. Tak jakby jakakolwiek wizyta w rowie była przewidziana. Czekaj, czekaj… jeśli klikniesz w ten link to zobaczysz, że niektóre jednak mogą być zaplanowane.

Mazury Specialized
Szukasz krajobrazu do dobrego zdjęcia z cyklu bikeporn? Dam Ci dobrą radę – Mazury się do tego idealnie nadają.

Ale wiecie co? Codziennie jeździłem po Mazurach drogami krajowymi, wąskimi uliczkami w okolicznych miejscowościach i może raz zdarzyło mi się, żeby kierowca wyprzedził mnie nie zachowując zalecanego w ustawie odstępu. Co więcej, nie trąbią na Ciebie, czekają grzecznie na dogodną okazję do wykonania bezpiecznego manewru. TIRy ustawiają się za Tobą i oczekują, aż usuniesz się na pobocze, a kiedy to zrobisz dziękują Ci migaczem. Da się? Oczywiście, że się da. Potrzeba tylko odrobiny zrozumienia z obydwu stron i dużo relaksu. Bez potrzeby udowadniania sobie kto jest królem szos. Nawet na chyba najbardziej obleganej drodze do Mrągowa ludzie spokojnie jechali za mną. Czyste szaleństwo.

Jedyne momenty kiedy nie czułem się pewnie, to wymijanie mnie przez samochody przewożące kajaki. Podziwiam kunszt tych ludzi, że potrafią z kilkoma kajakami na przyczepie wyminąć Cię jadąc wąziutką szosą z prędkością znacznie przekraczającą dozwoloną. Ale przez cały pobyt starałem się jak mogłem unikać jakichkolwiek szlaków obok których przebiegał spływ kajakowy.

Welcome to heaven

Mazury lubiłem od małego. Pamiętam, jak co roku z rodzicami wybieraliśmy się do Bogaczewa, żeby przez kilka dni oddawać się niczym nie skrępowanemu leniuchowaniu. Taki też plan mieliśmy z Asią. W końcu widmo dziecka jest już coraz bardziej widoczne na horyzoncie. Czy zgodziłbym się na ten wyjazd, gdybym chciał po prostu, niczym legendarny pros z Mazowsza zrobić sobie obóz treningowy nie zważając na nic? Nigdy. Wydaje mi się, że po prostu bym się zanudził. Jeśli już jechać na trening to tam, gdzie przewyższenia idą w tysiące, a godziny w siodle równają się minimum połowie dnia. Każdego dnia.

Jednak dla rasowego trzepaka będzie to wyjazd życia. Idealny jeśli chcesz spędzić dwie godziny na rowerze, pokonać parę hopek, zrobić z 200 metrów przewyższenia, by potem zsunąć buty, założyć kąpielówki i iść na kajaki. Żeby zażyć trochę innej aktywności ruchowej. By powalczyć z syczącymi łabędziami, gdy wpłyniesz między ich młode. A raczej, kiedy one postanowią przypłynąć do Ciebie. A kiedy wyjdziesz z kajaka, zakładasz buty i udajesz się na długi dziesięciokilometrowy spacer. Bo trzeba znaleźć także czas na takie proste aktywności fizyczne, które niekoniecznie muszą być związane z szosą.

Takie spojrzenie śmierci ujrzysz, jeśli zbliżysz się do młodych. Zdecydowanie nie polecam

Wierzcie mi lub nie, ale teraz, gdy wróciłem do Warszawy, na „swoje” segmenty to znowu złapałem się na tym, że atakuję odcinki sprinterskie. Rzecz jasna z miernym skutkiem 😉 Ale prawda jest taka, że stolica nie jest dobrym miejscem dla „romantycznego” kolarstwa. Liczy się tylko szybkość, wysokość stożka oraz to, z jakiego włókna jest zrobiona Twoja rama. Może trochę uogólniam, ale prawda jest niestety taka, że zapominamy o prostych przyjemnościach. Ale niestety jednej z nich nie udało mi się znaleźć na urlopie. Zabrakło dobrej kawiarni ze świeżo zaparzonym espresso. Gdybym znalazł taką kawiarenkę w okolicy to oficjalnie byłbym w niebie.

Przypomnę Wam jeszcze, że możecie mnie podglądach na Instagramie oraz Stravie. Na tej ostatniej znajdziecie też moje ślady jeśli chodzi o jazdę po okolicach Rucianego i Mrągowa. Może komuś się przyda.

  • gratuluję i powodzenia w nowej roli życia 😉

  • Mariusz

    Fajny tekst. Z punktu widzenia warszawianina to całkiem ciekawe spojrzenie. Trochę uzupełnię zachwyt Autora moimi spostrzeżeniami: Dla jasności: Mieszkałem od urodzenia 20 lat na Mazurach, potem prawie 20 lat poza, z czego większość w Warszawie i innych dużych miastach nie tylko Polski. Charakter pracy pozwolił mi na powrót na Mazury. Mieszkam ponownie od 3 lat. Za młodu się ścigałem i od kilku lat znowu się ścigam, chociaż bardziej dla zabawy. Wszystko, co Autor napisał to prawda. Z punktu widzenia mieszkańca Warmii i Mazur dodam, że – niestety – większość nieprzyjemnych zachowań doświadczanych od kierowców pochodzi głównie od samochodów turystów. I zapewniam, że odróżniam obce rejestracje, których używają lokalni użytkownicy leasingowanych pojazdów, chociażby stylem jazdy. Dodatkowo, w tzw. „przesmyku suwalskim” i na trasie w stronę Gołdapi czy Bezledów trzeba się liczyć z liczniejsza obecnością północno-wschodnich sąsiadów – zarówno Rosjan jak i tzw. Pribaltiki. Oni za bardzo nie wiedzą, co to bezpieczeństwo na drodze i bezpieczeństwo rowerzystów.
    W kwestii czysto kolarskiej to mogę polecić mocniejsze „hopki” w okolicach tzw. trójstyku granic, czyli jeśli ktoś lubi i góry i Mazury to polecam Suwalszczyznę, okolicę Wiżajnów (Rutka-Tartak-Rowele-Wiżajny) na „górskie” trasy rowerowe i Wigier na jeziora, kajaki itd. Natomiast zachodnia część Mazur, gdzie mieszkam słynie ostatnio z wiatrów -z powodzeniem zastępujących „hopki”, ciut mniejszych pagórków, ale też bardzo urozmaiconego terenu. Że o wielości widokowych tras nie wspomnę. W porównaniu do Rucianego i Mrągowa to więcej górek jest na wschód i północ od Pisza, okolice Ełku, Wydmin, Giżycka. Za rok Autorowi sugeruję tamte okolice, można się zdziwić. Najwyższe i całkiem czasem sztywne kawałki w granicach 1000 -1200 metrów szosy wiodącej pod górkę da się tutaj znaleźć całkiem sporo. Sporo jest takich „zjazdów-podjazdów”, w kształcie „wanny”. W czasie jazdy warto zwrócić uwagę, że jezdnie nie mają pasów, natomiast asfaltowych szos wyremontowanych ostatnio jest całkiem sporo. No i ich wielość… Jak planuję trening to oprócz założenia ogólnego staram się tak ustalać trasę, by jednak jechać TAM pod wiatr i wracać z wiatrem i przyznaję, że każda kombinacja jest możliwa. Znam wiele tras, na których trzeba uważać na wybiegające łosie, lisy, sarny, jelenie, na których można się zagapić na lecące żurawie czy czaple… Polecam również jesienią. Wtedy tutaj spokojnie, jeszcze spokojniej niż latem.

    • O! Dzięki wielkie 😉 Na pewno jeszcze nie raz zawitam na Mazury, najprawdopodobniej w rejony, które polecasz. Chociaż to raczej w sezonie wakacyjnym, coby dziecko trochę słońca złapało, a i jedyna aktywność nie zamknęła się na rowerze.