Od zawsze lubiłem współzawodnictwo. Zaczynałem w karate, potem postanowiłem spróbować swoich sił w kendo, a od tego roku aktywnie biorę udział w wyścigach szosowych. I tak, jak w sztukach walki radziłem sobie całkiem nieźle (jakieś tam medaliki się pojawiały), tak w wyścigach nie czuję jakiejkolwiek presji na wynik. Ot, takie zwykłe „pojadę sobie”. Dla zabawy. Bez napinki. Żeby się pośmiać. I takie podejście, po wielu latach ostrej rywalizacji jest wybawieniem dla mojej psychiki. W ten weekend odbyły się mistrzostwa amatorów (połączone z mistrzostwami mastersów i branży IT), a ze względu że było blisko, to postanowiłem wziąć udział.

Złe dobrego początki

Ogólnie to powiedzonko brzmi trochę inaczej „dobre złego początki”. Niestety, trudno mi powiedzieć, żeby organizacja w zakresie wydawania numerów startowych oraz potwierdzania wpłat była dobra. Ba, była daleko od dobrej, delikatnie zahaczając o ten zakres mojej psychiki, gdzie zapada decyzja o wyjściu z budynku, splunięciu przez ramię i krzyknięciu „moja stopa nigdy więcej tu nie postanie”. Tak jak to miało miejsce w przypadku kilku mistrzostw w karate shotokan. No, ale cóż.

Ile czekaliście najdłużej na odbiór swojego numerku przed startem w jakichkolwiek zawodach? Ja z jakieś 3-4 minuty. Do wczoraj. Wczoraj w oczekiwaniu na dopełnienie formalności zeszły mi 2 godziny. 2 GODZINY. 2 godziny stania w dusznym korytarzu z prędkością przesuwania się 1 metra na 6 minut. Zwątpienie na twarzach zebranych mastersów? Niezapomniane. Na plus należy zaliczyć szczerą troskę o moją Asię. Bo wiecie, ciąża budzi w większości ludzi ludzkie odruchy. Miła odskocznia od starszych kobiet w supermarketach.

Problemem nie były wypadki losowe (nie działający sprzęt etc.). Problemem była organizacja pracy 4 pań załatwiających formalności. Ale o tym można by napisać oddzielny post na tysiące słów. Dzięki organizacji konwentów dla fanów mangi i anime mam jakieś pojęcie o tworzeniu i rozładowywaniu kolejek – dzięki temu wiem, że można było to zrobić lepiej.

Niedziela – Mistrzostwa Amatorów

Zdecydowanie negatywnie nastawiony ruszyłem z Asią do Serocka. W niedzielę rano. Każdy taki wyścig uświadamia mi jak bardzo ta kobieta mnie kocha. Bo inaczej wątpię, by chciało jej się wstawać w niedzielę o 7 rano, żeby podrzucić mnie do Serocka i potem czekać półtorej godziny, aż w końcu wrócę z trasy. Czekać w deszczu.

Ale tak mógłbym jeździć na wyścigi. 30 minut i jestem już na miejscu startu. Potem tylko szybki skok do żabki, bo zapomniało się wcześniej kupić wody i nie było czym zalatać izotonika. W ogóle mam wrażenie, że im bliżej jest wyścig tym bardziej jestem nieprzygotowany. Bo tak jak jechaliśmy do Torunia na VeloToruń (tutaj relacja z tego wyścigu) czy Bydgoszcz Cycling Challenge (klik), tak cały sprzęt miałem przygotowany i spakowany dzień wcześniej. A do Serocka to nawet nie chciało mi się sprawdzić czy jest woda butelkowana w domu.

Mistrzostwa amatorów zostały zorganizowane przez Żyrardowskie Towarzystwo Cyklistów. Przyczepiłem się już do wydawania numerów startowych, to jeszcze ostatnie słowo, dotyczące tego, co mi się nie spodobało. Ale w sumie to praktycznie to samo, co przed startem VeloToruń. Trochę chaosu organizacyjnego dotyczącego startu poszczególnych grup. Ale tego chyba się nie da przeskoczyć.

Start

Start w Serocku urzekł mnie piękną nawierzchnią. Świeżo położony asfalt był po prostu wspaniały. Nawet pasów jeszcze nie zdążyli namalować. Trochę dziwnym pomysłem było dla mnie umiejscowienie startu na wyjeździe z małej uliczki. Tłok i natychmiastowy skręt w prawo nigdy nie są dobrym pomysłem. Na szczęście udało się uniknąć jakichkolwiek upadków. Powodem takiego stanu rzeczy, znaczy się wyjazdy z mniejszej uliczki zamiast z głównej, na której znajdowała się meta miało być ponoć umożliwienie sprawnej komunikacji samochodowej. Trochę dziwne, no ale cóż. Wydawało mi się, że ruch miał być zamknięty.

Wciąż nie nauczyłem się, że jeśli chce się normalnie jechać z grupą, a nie ją ciągle gonić to trzeba ustawić się na początku (tudzież w środku), a nie na samym końcu. Może w końcu się tego nauczę, to się zobaczy.

Trasa Mistrzostw Amatorów była stosunkowo prosta. Ot, dwie pętle – jedna 20 kilometrowa, druga 34 km. Ogólnie obydwie całkiem dobrze oznaczone, acz z pewnymi problemami. Do jakiegoś 12 kilometra trzymałem się z grupą – potem odpadłem, bo z przodu poszło mocniejsze tempo. Udało się natomiast złapać człowieka z WawaBike’u i jechać po zmianach, skutecznie unikając zmęczenia i stopniowo nadrabiając do uciekającej grupy z przodu.

Asfalt czy trawa?

Że na podjazdach czuję się słabo, to każdy wie. Zawsze jakoś udaje mi się to nadrobić, nawet na stosunkowo krótkich zjazdach, aczkolwiek w tym wypadku trochę przesadziłem. Końcówka pierwszej pętli to delikatny podjazd oraz całkiem prosty zjazd, który miał być zakończony całkiem łagodnym zakrętem. Zakręt okazał się trochę ostrzejszy niż przewidziałem, mokra szosa dołożyła swoje. Straciłem kontrolę nad rowerem, a gdy udało się ją odzyskać to tylne koło postanowiło zacząć uciekać. Co robi w takiej sytuacji Paweł? Upada na asfalt i sunie po nim niczym kolarze podczas czasówki w Dusseldorfie na tegorocznym Tour de France? To by było za proste. Pobocze wydaje się milszym rozwiązaniem. Gdyby tylko nie rów.

cof

No więc zjeżdżam do tego rowu, opony nie mają jakiejkolwiek przyczepności (Continental GPII 4000s na mokrej trawie to zdecydowanie zły pomysł), ale udaje się utrzymać rower w pionie. Przez chwilę. Potem kończy się zaryciem w błoto i wygrzebywaniem się z tego bałaganu. Straty? O dziwo żadne – no poza głośnikiem w iPhonie, który przeleżał półtorej godziny w trawie po tym, jak wyleciał mi podczas upadku z kieszonki. No i łańcuch mi spadł. I koło lekko scentrowane. Czyli tyle, co nic.

Jeśli kogoś gonisz to i tak nie dogonisz

No to łańcuch założony, hamulec lekko odkręcony, żeby koło nie ocierało i gonimy. I tak goniłem następne 36 kilometrów. I przez te 36 kilometrów udało się mi się wyprzedzić może tylko z 5 osób, które odpadły od poszczególnych grupek.

Powiem szczerze, że odzwyczaiłem się od jazdy samemu. Przez Objazdy Czwartkowe organizowane przez polski oddział Specialized oraz to, że ostatnio ciągle podczepiam się do jakichś grupek w mojej okolicy odzwyczaiłem się od jazdy samemu. I trochę brakowało jakieś osoby, z którą można byłoby porozmawiać, schować się od czasu do czasu przed wiatrem (bo na drugiej pętli wiało dużo bardziej niż na pierwszej).

Taka samotna jazda to też doskonały moment na przemyślenie wszystkich błędów jakie się popełniło podczas wyścigu i postanowienie, że drugi raz się tego nie zrobi. A ta samotna jazda z deszczem bijącym po twarzy, wodą wlewającą się do butów oraz chlapiącą pod tyłek to najlepsza pokuta. A potem się i tak cieszysz, że Tobie nic się nie przytrafiło, bo widziałeś na trasie kupę defektów mechanicznych i dowiadujesz się o kolarzach zabranych przez karetkę. Po tej drugiej informacji oczywiście się nie cieszysz, ale smucisz i masz nadzieję, że nic mu się nie stało.

Lubię podjazdy

Może zabrzmi to głupio, ale przez ten wyścig polubiłem podjazdy. Ostatni podjazd do mety był dla mnie naprawdę fajną przygodą. Niby krótki, bo to tylko 900 metrów, ze średnim nachyleniem 3% oraz wysokością 25 metrów, ale pierwszy raz w życiu faktycznie poczułem jakieś przyjemne uczucia na myśl o podjeździe. Do tej pory każdy kolejny traktowałem jako smutny obowiązek, tym razem jednak był całkiem fajną nowiną po tylu kilometrach praktycznie płaskiego Mazowsza. Chociaż i tak, jak na 54,4 km to 69 metrów przewyższenia to całkiem niezły wynik.

Na pewno jeszcze nie raz wrócę do tego podjazdu – tak bardzo mi się spodobał. Ogólnie Mistrzostwa Amatorów były dla mnie świetną zabawą pomimo pewnych problemów organizacyjnych. Ale wiadomo, że te wszędzie się zdarzają. Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłym roku organizatorzy wezmą sobie do serca to, co nie zagrało w tym i poprawią to. Bo trasa była fajna i na pewno chętnie jeszcze do niej wrócę. Czy to żeby się pościgać, czy żeby po prostu sobie przejechać. Tym bardziej, że nie mam daleko.

Szczerze mówiąc to nie wiem, na której pozycji przyjechałem. O 16, kiedy kończę pisać ten tekst jeszcze nie udało mi się znaleźć oficjalnych wyników. Ale na mojej stravie możecie znaleźć zapis całej trasy. Kliknijcie tutaj 😉

Przypomnę też, że możecie mnie podglądać na insta insta oraz fejsie