Bydgoszcz Cycling Challenge – wyścig, którego ambasadorem zostałem. Patrząc na to z perspektywy dzisiejszego dnia (czy też, jeśli czytasz to później, czasu) to zrobiłem największą głupotę swojego życia. Lubię wyścigi po płaskim, bez jakichś dużych przewyższeń, bez długich podjazdów. Takie Mazowsze to idealny teren dla mnie. Kiedy dostałem informację o tym, że Bydgoszcz Cycling Challenge zostanie rozegrany w formie kryterium ulicznego nie wahałem się długo i podjąłem decyzję o starcie. Mogłem jednak doczytać do końca i spojrzeć na profil trasy,ukazujący że, będzie to jednak kryterium uliczne z ciągłymi podjazdami. Ale… I regret nothing.

Miłe złego początki

Niewiele jest rzeczy, których nie lubię bardziej niż podjazdy. Licząc w kolejności od najmniej do najbardziej znienawidzonej byłyby to: pomidory, remonty i pobudki o czwartej rano. Tak się składa, że w ostatnim czasie miałem przyjemność obcować z każdą z nich. Bydgoszcz Cycling Challenge zapewniła mi pobudkę o czwartej – tak, mogliśmy z Asią jechać dzień wcześniej, ale nie znaleźliśmy miejsca, które ugościłoby nas z kotami. Tak więc, po porannej (nocnej) toalecie, nakarmieniu kotów i zapakowaniu Speca do samochodu ruszyliśmy w drogę.

Chyba trasy nie ma co opisywać. Od dojazd do stacji żeby zaopatrzyć się w paliwo na trasę, a potem byle szybko dojechać. Takie trasy lubimy – szybkie, łatwe i przyjemne. I ciepłe. Zupełnie co innego niż dojazd na Velo Toruń (klik). Troszkę na minus niestety muszę zaliczyć już sam wjazd do Bydgoszczy – niestety Google Maps nie uwzględnił zmian w organizacji dróg w związku z wyścigiem, przez co musieliśmy z Asią chwilę kołować. Ale to nie wina organizatorów – ot, zwykła zawodność technologii.

Jedyną drobną wpadką organizatorów było, jak dla mnie, nieco minimalistyczne oznaczenie gdzie można odnaleźć biuro zawodów. Ukryte w galerii handlowej, bez informacji, którymi drzwiami wejść, żeby można było odebrać pakiet startowy. Po odebraniu poczułem się trochę jak za starych czasów, gdy organizowałem imprezy dla fanów mangi i anime. Dostałem dokładnie taką samą opaskę, jaką dawaliśmy uczestnikom, żeby wiedzieć, który zapłacił już za wejściówkę, a który nie. W wypadku wyścigu wydało mi się to trochę niepotrzebne. Przecież wyznacznikiem tego czy biorę udział czy nie, jest naklejka z chipem na sztycy. Ale może miało to większy sens i po prostu nie udało mi się tego rozgryźć.

Jazda próbna

Odebrawszy pakiet startowy, po zrobieniu kilku selfiaczów przyszedł czas na sprawdzenie trasy. Wciąż jak głupi żyłem tym, że będzie stosunkowo płasko. Znalazłem lukę w barierkach i wjechałem na trasę. Troszkę nieprzyjemna nawrotka przez ścieżkę rowerową/przejście dla pieszych z ciut wyższym krawężnikiem (wciąż się zastanawiam dlaczego nie buduje się chodników/przejazdów bez krawężnika – takich równych z ulicą) i można ruszyć na podbój. Dojechawszy do podjazdu uśmiechnąłem się nieśmiało pod nosem, że nie jest tak źle. Ledwo 2-3% nachylenia według Mio. Da się jechać. Jakie było moje zdziwienie, gdy po kilku kolejnych metrach teren idzie jeszcze wyżej. Nachylenie 4% i rośnie.

Myślę – jest spoko, 4% też podjadę – troszkę z większym problemem, ale da radę. Ostatecznie na szczyt wzniesienia patrzyłem ze smutkiem jak nachylenie dochodzi do 5,7%. Jeszcze większy smutek ogarnął mnie, gdy zobaczyłem na końcu, że czeka już na mnie nawrotka i zjazd. Zjazd fajny, spokojnie dający możliwość do odpoczynku, ale też bez przesady. Troszkę pomyślałem podczas zjazdu i postanowiłem zrobić jeszcze jeden przejazd. Troszkę mądrzej decydując się na rozłożenie sił. Nie był to głupi pomysł, bo drugi podjazd poszedł dużo lepiej. Wydawał się też mniej męczący. Tu możecie rzucić okiem na moją próbną jazdę – klik.

Wybiła dziesiąta

Moja grupa, biała (notabene bardzo pasująca do mojej wyścigowej kolorystyki) startowała o 10. Napinka przed startem? Zerowa. Po prostu wiedziałem, że trasa jest zupełnie nie dla mnie. Założyłem, że sukcesem będzie dotarcie do mety z działającymi nogami. Dwa przejazdy testowe już dały mi się we znaki, a czekało na mnie jeszcze sześć. 20 kilometrów to nie dużo, ale 167 metrów przewyższenia na tak krótkiej trasie to już dla mnie dosyć spory wycisk. Nie jestem mastersem i raczej nigdy nie będę. Ot, taki człowieczek, co dla zabawy pojedzie sobie na wyścig, żeby złapać trochę adrenaliny.

Uwielbiam ten moment tuż przed startem. Gdy powietrze gęstnieje, ludzie nerwowo patrzą na innych oceniając swoje szanse. Jest w tym coś z wielkich wyścigów. Bo dla wielu amatorów takie zawody to jak Mediolan-San Remo dla zawodowców. Rozumiem to, ale chyba już z tego wyrosłem. Moje czasy zawodnicze w turniejach o złote kalesony minęły bezpowrotnie wraz z kendo. Teraz to po prostu dobra zabawa z nadzieją, że nie rozbiję się gdzieś na zjeździe czy zderzę z innymi uczestnikami.

Dlatego też gdy zaczyna się start ostry to wolę być gdzieś z tyłu. Ewentualnie starając się potem nadrobić. Nie jest to może mądra strategia jeśli chodzi o wygrywanie zawodów, ale na pewno taka, która pozwoli mi spokojnie dojechać do mety.

Start ostry

Start ostry był faktycznie ostry. Ba, nawet poczułem drobną napinkę i koniecznie chciałem dojechać do głównej grupy. Co nawet mi się udało na chwilę. Tuż przed rozpoczęciem najostrzejszego momentu podjazdu. Wtedy to czołówka pokazała, co to znaczy jechać szybko pod górę, a ich waty zjadły moje i popiły izotonikiem.

Z resztą, cel miałem troszkę inny chyba od większości startujących. Dojechać. To był zasadniczy cel, który wyznaczał mi każdy obrót korbą na podjeździe. Szkoda tylko, że zapomniałem o tym na dwóch pierwszych okrążeniach, gdzie zamiast sukcesywnie robić swoje zachciało mi się więcej i znacząco wyszedłem poza swoją strefę komfortu. Grunt, że zjazdy mam całkiem dobrze opanowane – to na nich udawało mi się najwięcej niwelować. Jednak czytanie, o tym jaka pozycja zjazdowa jest najlepsza nie poszło w las (dla anglojęzycznych).

Drugim moim największym błędem było źle rozplanowanie odżywiania i nawadniania. Trochę za późno zdecydowałem się na żel, a wody okazało się, że miałem na styk. Jeden łyk więcej i mogło być już gorzej.

Bydgoszcz Cycling Challenge

Jak ostatecznie wypadłem? Powiedziałbym, że średnio – ani dobrze, ani źle. Po prostu średnio. Trasa nie była skrojona dla mnie, z resztą i tak jechałem bez wielkiej spiny żeby wygrać. Raczej, żeby przejechać. I to mi się udało. To jest mój sukces, bo podjazdy dla mnie to najgorsze co może być w kolarstwie. Wiem, że jest to dusza ścigania się, ale po prostu nie potrafię się przemóc. Może kiedy będę ważył te 10 kilogramów mniej. Wtedy napiszę, czy się w końcu do tego przekonałem. Chociaż czuję, że dużo się nie zmieni.

Trasa mnie ostro przeżuła – nie połknęła na szczęście. Przeżuła i wypluła totalnie wypranego z wszelkiej energii. Natomiast oglądanie jak Sylwester Szmyd jedzie z każdą grupą i w każdej bryluje było dla mnie ostatecznym ciosem. Cóż poradzić. Może za te parę lat też tak będę potrafił – chociaż wątpię.

Czy pojadę za rok? Jeśli tylko okoliczności mi na to pozwolą, bo niedługo dużo się zmieni u mnie, w domowym życiu, to na pewno. Chętnie jeszcze raz rzucę wyzwanie mostowi w Bydgoszczy. Oraz innym uczestnikom, mając nadzieję, że tym razem to ja przeżuję i wypluję tę trasę. Zamiast zsuwać się z siodełka przez kilka minut po zakończeniu wyścigu po prostu zsiądę i będę czekał na wyniki.

A jeśli interesuje Was jak przejechałem cały wyścig to link do stravy macie tutaj – klik. Przypominam też o moim Instagramie – będzie mi miło, jeśli mnie zaczniecie obserwować 😉