Tegoroczny Velo Toruń to 3 edycja bardzo lubianego wyścigu, odbywającego się co roku. W tym roku postanowiłem się samodzielnie przekonać jak to jest się ścigać na trasie przygotowanej we współpracy z Michałem Kwiatkowskim, zwycięzcą Strade Bianche oraz Mediolan – San Remo. W sumie decyzję podjąłem niemal w ostatniej chwili, trochę na tydzień przed startem. Na kilka dni przed wyścigiem oddałem Alleza do WawaBike by zapewnić sobie pewność, że z osprzętem wszystko w porządku. No i w niedzielę rano zapakowaliśmy go z Asią do samochodu i ruszyliśmy do Torunia.

Cóż za piękna pogoda

Sobota zapowiadała wspaniałą pogodę na ściganie się. Słonecznie, ciepło – dokładnie tak jak chciałbym żeby wyglądała niedziela. Zamarzyłem sobie wyścig w słońcu, około 20 stopni – wiecie, taki wyścig gdzie wystarczy ubrać się na krótko i można jechać. Sobotnie popołudnie szybko sprowadziło mnie do rzeczywistości, a niedzielny poranek tylko utwierdził w przekonaniu, że będzie zimno, mokro i pochmurno.

W sumie jazdy nie ma co opisywać – w końcu jakże interesująca może być 2,5 godzinna jazda autostradą z Warszawy do Torunia? W szczególności, kiedy wyjeżdża się o 5 rano. Nauczka przed Bydgoszcz Cycling Challenge – trzeba wyjechać dzień wcześniej. Dzięki temu będzie można też sobie na spokojnie objechać trasę. Trzeba tylko znaleźć miejsce, które pozwoli zabrać ze sobą koty.

Ostatecznie Toruń przywitał nas piękną, pochmurną pogodą. Temperatura nie przekraczająca 10 stopni, asfalt mokry, a chmury z góry groziły kolejną dawką deszczu.

Miasteczko startowe Velo Toruń

Velo Toruń

Trochę szkoda, że wjeżdżając do Torunia absolutnie nie było żadnego oznakowania jak dojechać na start zawodów. W Toruniu ostatni raz byłem z pięć lat temu i było to dosłownie na chwilę, więc nie miałem możliwości się dokładnie zaznajomić z miastem. Na szczęście istnieje google ze swoimi mapami, które zawsze poratują w krytycznej sytuacji. Na szczęście całego miasteczka nie dało się już przeoczyć.

Znalezienie miejsca postojowego w pobliżu graniczyło niemal z cudem – w końcu liczba uczestników wyjątkowo dopisała. Organizatorzy mówili o niemal 1500 kolarzy chcących przejechać trzy różne dystanse. Ja wybrałem średni – 65,8 km. Niby mógłbym pokusić się o najdłuższy, giga, ale zrezygnowałem z dwóch powodów. Jeden to brak ćwiczeń ostatnimi czasy, a drugim była liczba podjazdów. W sumie dobrze zrobiłem, bo już przy jednej pętli znacząco dały mi się one we znaki. Ale po kolei.

Tuż przed startem

Rozdzielenie odbioru pakietów startowych na dwa dni było bardzo dobrym pomysłem. Dzięki temu udało się uniknąć kolejek przy odbiorze tuż przed startem zawodów. W sumie poczułem się trochę jak za starych czasów, gdy bawiłem się w organizację konwentów dla fanów mangi i anime. Aczkolwiek od zupełnie drugiej strony – tej oczekującej na swój pakiet uprawniający do startu w imprezie. Pakiet startowy mógłby być ciut bardziej bogaty jak na tę cenę – koszulka okolicznościowa (z całkiem ładną grafiką), chusta wielofunkcyjna od Skody, racebook, numer startowy z chipem i żel. No i ten taki dziwny plecaczek co często noszą hipsterzy, a jak dla mnie wygląda niezwykle odpychająco.

Po odebraniu pakietu krótka rozmowa ze spotkanym Markiem Stramem, który robił mi bikefitting (który serio się sprawdził podczas wyścigu!), toaleta i można się ustawiać na starcie. Wybrałem trzeci sektor, bo noga nie rozkręcona jeszcze po wciąż przeciągającej się zimie i nie było czasu jej wyćwiczyć, a trenażer chwilowo wywołuje u mnie torsje. Z resztą sam dźwięk tego słowa powoduje, że nie mam ochoty w ogóle patrzeć na rower. Za długo trwa ta zima (chociaż chodzą jakieś plotki, że ponoć już wiosnę mamy).

Foto: bikelife.com.pl

Dystans Mega – 65,8 km

Jak już wyżej pisałem, wystartowałem na dystansie mega liczącym 65,8 km. Start o 10.20, według planu chciałem przejechać ten dystans maksimum w 2 godziny 10 minut. Niby nie za szybko, ale na moją kondycję to i tak o wiele za szybko. Tym bardziej jeśli wziąć pod uwagę, że prognoza pogody cały czas zapowiadała deszcz. Z resztą start mieliśmy w bardzo ulewnym deszczu. Z resztą sami spójrzcie jak wyglądał start wyścigu.

Ostatecznie zrobiłem trochę głupio z wyborem sektora. Założyłem, że średnia 32-35 km/h będzie najbardziej odpowiednia dla mnie, jednak ostatecznie okazało się, że początek poszedł zdecydowanie szybciej. Tak więc pojawił się nowy cel, czyli ucieczka z mojego sektora do szybszego. Cel osiągnąłem na 6 kilometrze, a następnie dzielnie trzymałem się teoretycznie szybszej grupki. Trzymałem się twardo do pierwszego podjazdu, który pojawił się na 20 kilometrze wyścigu. Wiecie jak kocham podjazdy. W tym właśnie miejscu grupka porwała się najmocniej – chudsza i bardziej lubiąca harcowanie w górach grupa pojechała przodem zostawiając takich jak ja z tyłu, kręcących walcząc o życie na 36×28. A mówiłem do Asi w samochodzie, że powinienem był zmienić mniejszą tarczę na malutką 34. Oczywiście, jak zawsze przypomniałem sobie o tym po fakcie.

Jak ja nie cierpię podjazdów

Jestem prostym chłopakiem z Mazowsza. Lubię płaskie odcinki, na których czuję się najlepiej. I na których wypadam dużo lepiej niż na jakimkolwiek podjeździe. Jeśli można mówić o takim zawodniku jak ja, że wypada gdziekolwiek najlepiej.

Jak dużo pokonuję podjazdów w ciągu roku najlepiej widać na mojej stravie. W tym roku może uda się to poprawić, bo planuję kilka wyjazdów, aczkolwiek wątpię, żeby znacząco wpłynęły na moje umiejętności pokonywania wzniesień. Po prostu genetyki nie przeskoczę – co najwyżej mogę niwelować straty jakie mam na podjazdach względem czołówki.

Kolejne 10 kilometrów od podjazdu były całkiem przyjemne. Udało się złapać grupkę kilku osób, więc można było się schować na chwilę i odpocząć po wspinaczce. Pocieszające było, że nie tylko dla mnie był to podjazd wyrywający cały oddech z płuc i przyśpieszający tętno do granic przed zawałowych.

Kolejne kilometry za podjazdem usłane były stosunkowo spokojnymi, bardzo delikatnymi wzniesieniami z jednym dłuższym zjazdem na 26 kilometrze. Nie dał jednak wystarczająco wypocząć, bo kilka kilometrów dalej zaczął się drugi, zakończony kolejnym zjazdem i natychmiastową wspinaczką na kolejne wzniesienie. Nogi płaczą, że kolejna wspinaczka, ale jechać trzeba. Na szczęście, już ostatnia.

Foto: Bikelife.com.pl

Ta ostatnia ucieczka

Na 45 kilometrze udało mi się odskoczyć od mojej grupki i jechać samotnie, doganiając kilku zawodników i ostatecznie wyprzedzając ich. Przedwcześnie zacząłem wierzyć, że uda mi się wjechać bez żadnej grupki na metę (no bo przecież zostało z już tak mało). Oczywiście, radość była przedwczesna i nie ucząc się na błędach Rafała Majki z Rio, który co krok się oglądał czy nie jedzie za nim grupa pościgowa, zacząłem co kilkaset metrów spoglądać za siebie. I ostatecznie, na kilka kilometrów przed metą dopadła mnie spora grupka, co ostatecznie okazało się dla mnie zbawienne.

Grupka, z którą przejechałem te ostatnie metry miała naprawdę dobre zacięcie. Wysoka średnia prędkość, częste zmiany i jeśli zostawiło się koło osoby przed sobą to trzeba było poświęcić naprawdę sporo siły, żeby dospawać pozostałą przestrzeń.

Ostatni sprint

Ostatecznie na metę wjechałem 59 w kategorii M1 (99 osób) i 276 (545). Troszkę za połową wszystkich startujących. Ogólnie uważam, że wyszło lepiej, niż sobie założyłem. W planach miałem złapanie czyjegoś koła i ciułanie się cały dystans, a ostatecznie pojechałem całkiem nieźle, z niezłą średnią jak na brak treningów. Z resztą cały mój przejazd możecie podejrzeć na mojej stravie.

Całość przejechałem na swoim Allezie na kołach Visiona – 35 mm stożek był całkiem niezłym rozwiązaniem na taką trasę, natomiast Continentale naprawdę świetnie trzymały na mokrym. Nie wiem czy wcześniejsze oponki tak dobrze trzymałyby się na mokrej nawierzchni.

Na osobny akapit zasługują niektóre osoby, które dotknęły defekty różnego rodzaju na trasie wyścigu. Myślę, że organizatorzy powinni tuż przed startem przypominać o konieczności zejścia na pobocze w przypadku jakiegokolwiek problemu technicznego z rowerem (czy gorszego samopoczucia). Trasa nie była najlepsza, mnóstwo było na niej nierówności i co chwila ktoś łapał gumę. I zamiast zająć się swoim problemem na poboczu często zostawał na szosie i gmerał przy przerzutce czy kole. A jak bardzo to niebezpieczne dla wszystkich było to chyba nie trzeba mówić.

Ogólnie Velo Toruń zapamiętam bardzo dobrze i z pewnością powrócę jeszcze nie raz – chociaż może już nie na 65 km. Taki wyścig jak Velo, po prostu chce się przeżywać dłużej