Piekło Północy – wyścig Paryż – Roubaix to jeden z najbardziej wyczekiwanych wiosennych monumentów. Każdy chce go wygrać, kibice chcą go oglądać, a dla producentów rowerów to prawdziwy wyścig zbrojeń. Robią wszystko, byle tylko ułatwić kolarzom pokonywanie bruków w drodze do upragnionego Welodromu w Roubaix. Szersze opony montowane na kołach, specjalne systemy redukcji wstrząsów ukryte w sztycy, podwójna owijka na kierownicy. Ale w tym roku Specialized poszedł o krok dalej – dodał amortyzację na przodzie tworząc prawdziwie rewolucyjne, w świecie szosowym, rozwiązanie. Tak powstała nowa wersja znanego już modelu Roubaix. I które, dzięki polskiemu oddziałowi Specialized, miałem przyjemność ujeżdżać. Co prawda nie po francuskich brukach, ale po warszawskich, równie nierównych, ulicach. I te blisko trzy setki kilometrów (rower otrzymałem na około tydzień) minęły zdecydowanie za szybko. Pozostawiając mnie ze smutkiem, że mój Allez nie jest wyposażony w Future Shock.

Specialized Roubaix

Rowery sygnowane nazwą Roubaix znajdują się w ofercie Specialized od 2003 roku, i odkąd się pojawiły stanowiły złamanie pewnych zasad dotyczących rowerów szosowych. Konstrukcja w pełni wykonana z karbonu oraz wyższa główka ramy były wyznacznikiem nowego podejścia do komfortu w jeździe na rowerze. Do wykonania sztycy, widełek tylnego trójkąta oraz widelca zastosowano specjalny materiał nazwany „Zertz”. Jego zadaniem było tłumienie nierówności, których nie były w stanie wyciszyć rowery wykonane w innej technologii. To wszystko składało się na zmniejszenie zmęczenia kolarza na długich, nierównych trasach. Rower przyszłości, którego celem były wygrane na brukach.

W 2009 roku Specialized dokonał zmian w Roubaix, o czym świadczyła też zmiana nazwy całej konstrukcji – Specialized S-Works Roubaix SL2. Jak zapewne wiecie, Specialized ma niejako dwie linie rowerów. Tą zwykłą, sygnowaną swoją nazwą przeznaczoną dla początkujących i zaawansowanych amatorów. Oraz S-Works, tą przeznaczoną dla bardzo wymagającego klienta czy zawodników, którzy nie szukają już żadnych kompromisów jeśli chodzi o jakość wykonania ramy. Przez ten krok, nadanie Roubaix nazwy S-Works producent pokazał, że jest to w pełni wyścigowa konstrukcja, stworzona do wygrywania i pokonywania innych na szosie. Tak więc w 2009 roku Tom Boonen wygrywa Paryż-Roubaix właśnie na tym S-Worksie i powtórzyłby ten wyczyn jeszcze w następnym roku gdyby… nie wygrał go Fabian Cancellara, także na Roubaix.

Kolejne zmiany naszły dla tej konstrukcji w 2011 roku. Było to jednak dalsze udoskonalanie znanej już koncepcji bez radykalnego podejścia. Dzięki temu rower „dowiózł” zwycięstwa w 2012 oraz 2014 roku.

Szok w przyszłości

I tak dochodzimy do czasów współczesnych. Roubaix przeszło kolejną zmianę, tym pełną. Jak pisałem na wstępie – największą nowością jest system Future Shock. Reklamowany według mnie bardzo ładnym sloganem – „Smoother is Faster” – „Płynność oznacza prędkość”. Na czym to polega? Chyba nie wytłumaczę tego lepiej niż film:

Czujecie jaki to ma potencjał? Może nie wygląda to tak porywająco dla tych, co siedzą ostro w świecie MTB, bo dla nich amortyzacja to chleb powszedni, ale dla szosowców to prawdziwa rewolucja. Rewolucja, która faktycznie działa. Oczywiście, to nie jest tak, że nagle rower szosowy staje się rowerem górskim – pewne nierówności wciąż jesteśmy w stanie wyczuć, ale jest to ogromny krok na przód, który chce się widzieć w każdym innym rowerze.

Future Shock to 20 mm skok zawieszenia. Dzięki niemu dostajemy bardzo dużą poprawę w utrzymaniu prędkości na nierównościach, utrzymaniu stałej kadencji i poprawy komfortu. Te 20 mm ruchu w amortyzacji po najechaniu na przeszkodę podnosi rower, nie nas – dzięki czemu nasze dłonie, a tym samym kierownica znajduje się na tym samym poziomie. Pozwala to na pozbycie się efektu wybicia w powietrze, które wytrąca nas z równowagi (bardziej psychicznej niż fizycznej) i powoduje zagubienie naszej kadencji na krótką chwilę. 20 mm wystarczy też w pełni do standardowego poziomu nierówności, które spotykają nas na drodze.

Specialized Roubaix Comp

Do testów otrzymałem Roubaix w wersji Comp, czyli teoretycznie drugiej najniższej. Rama wykonana w pełni z karbonu 10r (wyżej jest tylko ten stosowany w S-Worksach – 11r), widelec natomiast z 11r. Oczywiście przystosowane pod standard sztywnej osi. Jeśli chodzi o przerzutki zastosowano w rowerze Ultegrę (przerzutka tylna z długim wózkiem), korba to Praxis Zayante z tarczami 50×34, natomiast klamkomanetki to hydrauliczne odpowiedniki Shimano 105. O napędzie nie mam się co wypowiadać – to w końcu Ultegra. Korba jest fajna i sztywna, aczkolwiek dla mnie 50 x 34 na płaskie Mazowsze to zdecydowanie za mało i chętniej bym widział 52×36. A o klamkomanetkach już wiecie jakie mam zdanie. Jeśli nie, to zajrzyjcie do tego wpisu na temat Whyte Suffolk. Całość uzupełnia kaseta Shimano 105 o rozpiętości 11-32, więc każdy znajdzie na niej coś dla siebie.

Koła to DT R470. Jak dla mnie fajne i dobrze spełniające swoje zadanie. Aczkolwiek wiadomo, że byłyby pierwszym, co postanowiłbym wymienić. Oczywiście są to koła pod tarcze.

Całość uzupełniają komponenty Specialized. Sztyca karbonowa S-Works, siodełko Phenom Comp GT (nie wiem co siodła Speca w sobie mają, ale jeszcze na żadnym się nie zawiodłem – oczywiście moim numerem jeden jest wciąż Power) oraz kierownica. Kierownica nietypowa, bo wygięta ku górze, tak zwany Hover, z 15 mm podniesieniem. Coś podobnego można zobaczyć w wielu modelach Venge ViaS, gdzie ta kierownica jest bardzo często montowana. Jak dla mnie mogłaby być standardowa, płaska.

Przyjemność z jazdy

Ale te wszystkie kwestie dotyczące osprzętu są tylko dodatkiem. Bo to wszystko możemy wymieniać na bieżąco, tak by dostosować Roubaix do naszego stylu jazdy. Najważniejsze jest to, jakie doznania idą w parze z użytkowaniem ramy. I tutaj Roubaix nie ma sobie równych. Jeździłem już na kilku maszynach endurance z zacięciem do ścigania i z żadnej nie czerpałem takiej przyjemności jak z rozwiązania Speca. Niewątpliwie, większa część tej przyjemności związana była ze sprężyną ukrytą w główce ramy.

Dzięki future shockowi można na nowo zakochać się w kolarstwie szosowym – w szczególności w naszym kraju, gdzie dostęp do dobrej szosy jest niezwykle utrudniony. Oraz kiedy chcemy uciec z miasta na tereny podmiejskie, a do tego celu prowadzą nas kilometry ścieżek rowerowych wyłożonych kostką. Na „normalnej” szosie przeklinalibyśmy te kilometry, a na Roubaix traktujemy je jako wyzwanie. Wyzwanie dla siebie oraz roweru – bo każde wybrzuszenie, każdy ubytek w drodze zachęca do, mówiąc korpomową, challengowania tej nierówności. Jak bardzo wpłynie na naszą prędkość. A kiedy na naszym liczniku widzimy, że nie wpłynął to tylko odczuwamy radość i na naszej twarzy pojawia się uśmiech.

To co także zachwyca to sterowność oraz sztywność. W zakręty wchodzi doskonale, bez problemu trzyma się nawierzchni. A jak przyśpiesza. To niestety trzeba odczuć na własnej skórze – po prostu nie do opisania. Przeniesienie siły naszych nóg, każdego obrotu ramionami korby, bezpośrednio na sam napęd jest szybkie. Wręcz natychmiastowe, tak jak to powinno wyglądać jeśli mówimy już o stricte zawodniczym rowerze.

Roubaix nie jest tanie – ale prawda jest taka, że płacimy za przyszłość rowerów szosowych. Przyszłość, którą decydujemy się wraz ze Specialized na codzienne testowanie oraz rzucanie jej wyzwań. Na tegorocznym Paryż – Roubaix konstrukcja została przetestowana w dużo poważniejszy sposób niż ja kiedykolwiek mógłbym sobie pozwolić. Ostatecznie Zdnek Stybar z Quick-Step Floors dowiózł na nim drugie miejsce, przegrywając nieznacznie z Gregiem Van Avermaetem, który ma niesamowity sezon. Więc jeśli sprawdził się w trakcie Piekła Północny, to można być bardziej niż pewnym, że w codziennym użytku też się sprawdzi.