Do niedawna wybór roweru był niezwykle prosty – szło się do sklepu i jeśli odpowiadała nam geometria to mogliśmy go kupować. Od jakiegoś czasu nie ma już tak dobrze – rowery szosowe, idąc za przykładem rowerów górskich, uległy bardzo dużej specjalizacji. Mamy segment endurance, aero, gravele, przełaje i tak dalej. A od niedawno, żeby przyprawić nas o zawrót głowy, do całej układanki dołączyły rowery szosowe z hamulcami tarczowymi. Od jakiegoś czasu mam przyjemność jeździć na Whyte Suffolk – jak dla mnie, jest to rower do zadań specjalnych. A dlaczego? O tym dowiesz się trochę dalej.

Whyte? A co to jest?

No, to ręka w górę, kto znał Whyte’a? W polskim świecie szosowym jest raczej marką z gatunku tych egzotycznych. Patrząc po osobach startujących w wyścigach to zdecydowana większość decyduje się na Specialized, Treka czy innych, bardziej znanych producentów. Ale trzeba pamiętać, że świat się na nich nie kończy (czy na naszych rodzimych Rometach czy Krossach).

Firma powstała w 1994 roku w Wielkiej Brytanii i trzeba przyznać, że zebrała wokół siebie liczne grono nagród za rowery górskie oraz szosowe. Jednak do tej pory jakoś nie zawojowali polskiego rynku rowerowego, lecz od jakiegoś czasu się to zmienia. Aktywnie wysyłają rowery do testów i absolutnie nie boją się opinii na ich temat. I po półtora miesiąca obcowania z Suffolkiem, wcale nie dziwię się dlaczego.

Whyte Suffolk

Dzięki uprzejmości przedstawicieli Whyte na Polskę do testów trafił do mnie model Suffolk. Drugi w hierarchii model, wyposażony w niemal pełną grupę napędową Shimano 105, hydrauliczne hamulce tarczowe i, jak dla mnie, ogromną kasetę o rozpiętości 11-32 ząbki.

To, co od razu przykuwa uwagę, to że wszystko jest obrandowane przez logo producenta. I mi się to strasznie spodobało. Logo jest ładne, estetyczne i stawiam je tuż za moją ulubioną “S-ką”. I bardzo kojarzy się z Baratheonami z “Gry o Tron”. Niby pierdoła, ale jednak zabawna i cieszy oko.

Rower utrzymany jest w ciemnej gamie kolorów z pomarańczowymi napisami łamiącymi całość. Zdecydowanie może się podobać. Aczkolwiek wiadomo, że czerwone szybsze 😉 Osobiście chyba nie odważyłbym się na tak ciemny rower, zdecydowanie bardziej wolę coś rzucającego dużo bardziej rzucającego się w oczy. Ale wiadomo – każdy lubi co innego.

Geometria

Suffolk to taki rower, który trochę trudno mi zdefiniować. Najłatwiej mi go określić jako rower do wszystkiego, głównie dzięki możliwości mocowania błotników czy bagażnik. Tak – rama jest od razu wyposażona w otwory umożliwiające ich montaż. Jak dla mnie niepotrzebny patent, ale wiem, że wielu osób szuka takich rozwiązań w szosach, więc dla nich jak znalazł.

Jeśli chodzi o naszą pozycję na rowerze, to mamy tutaj raczej endurancową maszynę. Wygodna pozycja, dzięki której nie musimy łamać się w 20 różnych miejscach, byle tylko dosięgnąć do kierownicy. Niby tracimy przez to na aerodynamice, ale docenimy to w przypadku dłuższych jazd. W szczególności takich typowo wycieczkowych, kiedy chcemy przejechać z jednego miasta do drugiego.

Wyposażenie

Suffolk jest wyposażony niemal w kompletną grupę Shimano 105 – niemal, bo dostajemy korbę FSA. Ale zacznijmy od początku. 105 lubię – jest już grupą, na której możemy dużo zrobić, mamy dostępnych 11 przełożeń z tyłu, a wszystko działa po lekkiej regulacji wyjątkowo płynnie.

Korba to FSA Gossamer i tutaj nie do końca jestem z niej zadowolony. Raz, że w takim rowerze chętniej bym zobaczył wielkość 52×36 ząbki, a dwa, że według mnie ta korba jest mniej sztywna niż 105-tki. Szczerze mówiąc, aż szkoda, że producent nie pokusił się o Shimanowską korbę. Niby byłoby trudniej użytkownikowi zmieniać tarcze (bo nie wiem czemu, ale kupno oryginalnych czteroramiennych tarcz czasami jest wyjątkowo trudne), ale rower dużo zyskałby na wyglądzie.

To, co mnie kompletnie odrzuca nie tylko od Suffolka, ale od wszystkich na hydraulicznych hamulcach tarczowych to kształt klamkomanetek i ich ogólna kultura pracy. Ta jest po prostu tragiczna. Raz, że rower dla mnie traci dużo ze swojego uroku, ale także i ze swojej funkcjonalności. Przyzwyczaiłem się już do bardzo wyraźnego kliknięcia dźwigni przy zrzucaniu łańcucha na cięższe biegi (a że wiosna coraz bliżej to “Słońce wyżej, ząbek niżej”) i w tych klamkach tego po prostu nie ma. Plus miałem wrażenie, że czasem po prostu gubiły zmianę biegu. Powiem szczerze, że wolałbym już mechaniczne hamulce tarczowe ze zwykłymi klamkomanetkami 105. W ich przypadku nie uświadczyłem tego, o czym pisałem powyżej. Oczywiście problem ze zmianą biegów nie był spowodowany złym wyregulowaniem przerzutki. One tak po prostu mają.

Koła

Koła to oddzielna para kaloszy. Spodziewałem się strasznych gniotów – w końcu rzadko kiedy producenci wrzucają coś sensownego do swoich rowerów w przypadku rowerów z niższej półki cenowej. Na szczęście w tym wypadku tak się nie stało. Jasne, nie jest to Mavic, Zipp czy Reynolds, ale początkujący się nie rozczaruje. Koła także są odpowiednio obrandowane przez Whyte’a. Toczą się ładnie i nie mogę się do nich przyczepić.

W związku z tym, że jest to szosa w pełni przystosowana do hamulców tarczowych, to mamy także ogromne miejsce na bardzo szerokie opony. Przy zakupie otrzymujemy zwijany opony Maxxis Rouler TR, przystosowane do montażu bez dętki. Są to oponki w rozmiarze 28 mm i to faktycznie czuć. Na swoich Jetty Plus (23 mm) w Specu pompuję przeważnie około 110 PSI. W tym wypadku pozwoliłem sobie na 80 i byłem zachwycony. Jak dla mnie 28 mm w połączeniu z niskim ciśnieniem i nienajgorszymi kołami robi świetną robotę. Dzięki takiej kombinacji udało mi się pokonać kilka osobistych rekordów na Stravie. I to w momencie gdy dopiero wracam do formy po przerwie zimowej – z paroma kilogramami więcej i po wielu seansach seriali na Netflixie 😉

To do czego muszę się przyczepić to zaciski kół. Mamy tu standardowe szybkozamykacze. To, co mnie w nich nie przekonało to sposób ich zacisku – brak dźwigienki utrudnia szybkie poprawki ustawienia koła. Dużo bardziej widziałbym, chociażby w przednim kole, sztywną oś. Jak dla mnie poprawiłoby to jakość jazdy, a po dziurze w drodze nie musielibyśmy się zatrzymywać, żeby sprawdzić, czy na pewno dobrze dokręciliśmy wcześniej koło. Mi to się zdarzyło parę razy na początku obcowania z Suffolkiem.

Rama

Ale osprzęt czy koła nie są tak istotne jak sama rama – w końcu wszystko inne możemy bez problemu zmienić później. Rama jest sercem roweru i to w sumie czuć. Jest wykonana z aluminium, natomiast widelec to karbon z aluminiową rurą sterową. Wszystkie linki zostały poprowadzone wewnątrz ramy i to rozwiązanie niezmiernie mi się podoba. Jestem strasznym estetą jeśli chodzi o wygląd sprzętu (niedługo pewnie zaprezentuję Wam efekt moich ostatnich prac nad Specem – jak dla mnie to obecnie jednej z ładniejszych rowerów, prawdziwe bikeporn) i bardzo denerwuje mnie prowadzenie przewodów na zewnątrz. Niby utrudnia to pracę przy sprzęcie, ale coś za coś. Ja jestem skłonny to przeboleć. No i ponoć linki w ramie są bardziej aero – kto by nie chciał z tego skorzystać? 😉

Tak jak pisałem wyżej – dla wielu niezaprzeczalną zaletą będzie możliwość bezpośredniego zamontowania bagażników czy błotników w ramie, bez żadnych dodatkowych problemów. Po prostu rama wraz z widelcem mają przygotowane miejsca na taki montaż. Ostatni rower, w którym widziałem takie rozwiązanie to któryś Triban. Na pewne jest to świetne rozwiązanie dla osób, które nie chcą mieć kilkunastu rowerów, gdzie każdy będzie wykorzystywany do czegoś trochę innego.

Muszę przyznać, że rama sama w sobie sprawia wrażenie bardzo masywnej, wręcz pancernej. Mi się to podoba, jednak osobom walczącym o każdy gram, nawet wizualny może nie przypaść to do gustu. Mi pasuje i chętnie widziałbym taką ramę u siebie w stajni.

źródło: http://www.whyte.pl/suffolk

Przyjemność z jazdy

I tutaj dochodzimy do najważniejszego punktu – jak się na tym rowerze jeździ. Jak dla mnie – bosko. Jeździłem nim głównie w mokrych warunkach i to właśnie do takiego zastosowania zostały stworzone rowery z hamulcami tarczowymi. Whyte zrobił świetną robotę przy wyborze tarcz, okładzin oraz samych zacisków. Tak, jak w mokrych warunkach moja długość hamowania na Specu to minimum kilkadziesiąt metrów (nawet na aluminiowych obręczach), tak tarcze zatrzymywały mnie niemal w miejscu.

Zakochałem się też w samej geometrii roweru, jego przystosowaniu do niemal każdych warunków. Jedyne, co bym zmienił to opony – żeby chociaż miały odrobinę bardziej agresywnego bieżnika. Jednak łysa opona stwarza trochę problemów przy mokrej nawierzchni (lub śniegu). Aczkolwiek przy minimalnej technice, której nie posiadam, także da się jeździć w takich warunkach na gumach, które przychodzą wraz z rowerem. Ale fajnie wiedzieć, że wkładając troszkę inne opony (czy nawet koła) można pokusić się o wypróbowanie Suffolka w warunkach przełajowych.

Takim plusem łamanym na minus jest także korba. Jak pisałem wyżej, jest to kompaktowa wersja FSA Gossamer. I dla początkujących jest to doskonałe rozwiązanie. Aczkolwiek wydaje mi się, że nie jest to już sprzęt dla początkującego, raczej już kogoś kto swoje pierwsze szlify na szosie złapał. Można by się kłócić, czy Whyte nie chciał zrobić roweru dobrego dla osób lubiących jazdę w górach – w końcu korba 50 na 34 i kaseta z – jak dla mnie – monstrualną rozpiętością 11 do 32. Ale wagą 10 kg bez pedałów raczej nikogo, kto jazdę w górach lubi, nie powali na kolana.

Czy kupiłbym Suffolk?

Czy kupiłbym ten rower? Jeśli miałby to być mój jedyny rower – owszem. Jeśli miałby to być jeden z kilku – tutaj bym się zastanawiał. Aczkolwiek muszę przyznać, że bardzo go polubiłem i z wielkim smutkiem się z nim żegnam. Spędziłem na nim wiele naprawdę przyjemnych godzin pokonując setki kilometrów. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz wrócę do tej marki – może z jakimś modelem na tradycyjne hamulce obręczowe. Bo wciąż, pomimo wielu zalet, nie jestem przekonany do tarcz. No i zdecydowanie ciężej w przypadku skrzywienia tarczy hamulca wrócić do domu – z klasycznymi dużo ciężej o takie problemy. Ale liczę się z tym, że kiedyś będę zmuszony się przesiąść na takie rozwiązanie. A wtedy najpewniej wybiorę Whyte’a w związku z bardzo dobrymi wspomnieniami jakie łączą mnie z Suffolkiem.