Zeszły rok był dla polskiej reprezentacji w Kendo, czyli w sportowej szermierce japońskiej, niezwykły. Oto nasz reprezentant, Krzysztof Bosak, zaskoczył niemal wszystkich i zdobył na mistrzostwach świata szóste miejsce oraz prestiżową nagrodę Kantosho, za ducha walki. W dodatku w ziemi świętej wszystkich kendoków czyli Japonii. Niecodziennie jest możliwość poćwiczyć z takim “celebrytą”, ale wczoraj, przy okazji rozpoczynającego się zgrupowania kadry kobiet i mężczyzn,  przytrafiła mi się taka sposobność. I o tym chciałbym napisać.

Prawilny przykuc
Słowiański przykuc w wersji kendo. Zdjęcie z V edycji zawodów Genryoku Cup. Jeszcze z czasów gdy należałem do Tonbo Kendo Warszawa.

Od niemal trzech lat ćwiczę kendo. Niby krótko w porównaniu z tym, ile trenowałem karate, ale jednak dzięki osobom z którymi miałem okazję spotkać się na treningach, zgrupowaniach kadry czy zawodach lub szkoleniach sędziowskich zrobiłem duże postępy. W tym roku będę nawet podchodził do egzaminu na stopień mistrzowski dan. Niby nic, ale jednak nie mogę się doczekać.

Tak się szczęśliwie złożyło, że na samym początku drogi uczyło mnie kilku naprawdę dobrych trenerów oraz zawodników. Sensei Ziółkowski oraz Lipecki czy dwóch reprezentantów Polski – Jacek Lipiński i Krzysztof Bosak. Z pierwszą trójką mam do dzisiaj możliwość trenowania niemal na każdym treningu, jednak z Krzyśkiem tylko od święta. Częściej spotykamy się na zawodach niż w trakcie normalnego cyklu przygotowań. Dlatego też dzisiejszy trening był inny. Chyba po raz pierwszy od zajęcia przez niego szóstego miejsca na Mistrzostwach Świata miałem okazję wziąć udział w treningu całkowicie poprowadzonym przez niego.

Jakiś czas temu, bodajże dwa i pół roku temu, zaczął intensywniej zajmować się klubem, który założył z kilkoma innymi zawodnikami – Warszawskim Klubem Kendo – gdzie szkolił także nowych adeptów kendo i przez co rzadziej pojawiał się na sali gdzie ja trenuję. Dlatego każdy trening który miałem okazję z nim poćwiczyć był dla mnie wyjątkowy. Tak też było wczoraj. Spóźniony jak zawsze, bo korki sparaliżowały Warszawę (jak zwykle z resztą). Ale kiedy tylko pojawił się na sali weszliśmy na wysokie obroty. Niby nie robiliśmy nic specjalnie wyszukanego. Żadnych technik z kosmosu, których można byłoby oczekiwać od osoby która zajęła wywalczyła najwyższe miejsce spośród nie Azjatów na Mistrzostwach Świata. Skupiliśmy się na najprostszych podstawach – poprawnym wykonywaniu cięć. Dużo powtórzeń odpowiednich uderzeń na głowę, przedramię czy korpus. A wszystko w pełnej prędkości.

Kendo wydaje się prostym sportem, w końcu są tylko cztery miejsca w które można trafić żeby zdobyć punkt. Głowa, przedramię, korpus oraz pchnięcie w gardło. Jednak żeby uzyskać ten punkt musi zostać spełniony dosyć trudny warunek czyli ki ken tai ichi – jedność ducha, miecza oraz ciała. Czyli nie wystarczy dotknąć przeciwnika swoim mieczem w odpowiednie miejsce. Trzeba to zrobić z odpowiednim nastawieniem, za pomocą użycia całego ciała a nie tylko rąk oraz, przede wszystkim, pokazać swoją gotowość do dalszej walki po takim trafieniu. Jest to trudne, ale w wykonaniu zaawansowanych zawodników wygląda na bardzo proste. I tak też było wczoraj. Kiedy ja męczyłem się z narastającym tempem treningu, pozostali ćwiczący wraz z Krzyśkiem na czele pokazywali, że nie powinno to stanowić dla nikogo problemu.

Ki Ken Tai Ichi -Spirit, Sword, and Body - are One,,.jpg.opt264x415o0,0s264x415
Ki ken tai ichi – Duch miecz i ciało są jednym

Tradycyjnym zakończeniem treningu było jigeiko czyli sparing. Doskonała okazja, żeby w warunkach niemal normalnego meczu przećwiczyć to, co było pokazane na treningu. I bardzo dobry moment, żeby uświadomić sobie jak dużo brakuje do czołówki. Nie raz spotykałem się z osobami, dla których taka przepaść umiejętności w starciu z drugą osobą była bardzo złym doświadczeniem, po którym chcieli rezygnować ze sportu. Dla mnie działa to w drugą stronę – motywuje do dalszego rozwoju, wymusza większą pracę nad sobą i dalszy postęp. Plus przygotowuje przed startami w zawodach. Najbliższe odbędą się w maju tego roku w Wiśle i podejrzewam, że po raz ostatni będę brał udział w kategorii kyu czyli dla osób ze stopniem uczniowskim. W zeszłym roku (zdjęcie z góry) zająłem tam trzecie miejsce, w tym natomiast chciałbym je wygrać. Nie po to w końcu wylałem hektolitry potu na sali treningowej i na rowerze. Zostały dwa miesiące – trzeba je dobrze spożytkować na przygotowania. A potem nie poprzestawać i ćwiczyć, żeby w końcu zakwalifikować się do indywidualnych mistrzostw Polski w kategorii męskiej. Dwa lata się staram o awans do nich, może ten w końcu będzie dla mnie szczęśliwy. Kto wie.

A tutaj macie jeden z ciekawszych filmików pokazujący duży przekrój przez kendo.

https://www.youtube.com/watch?v=TToz0lZmK2g